Szkoła Podstawowa im. Stanisława Broniewskiego "Orszy" w Wałdowie Szlacheckim

BIP FB Tarcza
Godło RP

Służę jak Orsza

"Biały Las"

W 2004r. w Warszawie została wydana książka Pani Agaty Groszewskiej pt. "Biały Las". Pod tytułową nazwą, zmienioną dla celów beletrystycznych, kryje się Biały Bór.

Dla młodszych mieszkańców Białego Boru i okolicy książka może być wspaniałą lekcją historii.

Akcja powieści rozpoczyna się w latach 30-tych XXw. Autorka, niegdyś mieszkanka Białego Boru, ukrywająca się pod pseudonimem literackim, przedstawia okresy swojego życia nierozerwalnie związane z tą wsią. W niej się urodziła, wychowała, uczyła w istniejącej wówczas szkole, w której po wojnie również pracowała jako nauczycielka. Na kartach książki znajdziecie ciekawe i bardzo emocjonalne opisy codziennego życia, tragicznych wojennych przeżyć, radości lat powojennych.

3 kwietnia 2013r. na adres Szkoły przyszedł list następującej treści:

Szanowni Państwo!

Pragnę przesłać wyrazy podziękowania, niekłamanego wzruszenia i wdzięczności za zamieszczenie w internecie mojego "Białego Lasu".

To miła i cenna niespodzianka! Tym bardziej, iż mimo upływu wielu lat od mojego wyjazdu z rodzinnych stron - sercem i duszą jestem tam stale obecna.

Łączę serdeczne życzenia wszelkiej pomyślności w pracy zawodowej oraz życiu osobistym.

Z wyrazami szacunku, Agata Groszewska - Rojek.


AGATA GROSZEWSKA

BIAŁY LAS

Pamięci Rodziców

i wsi rodzinnej

Dla celów beletrystycznych zmieniono większość nazwisk oraz nazwy niektórych miejscowości

WARSZAWA 2004 ROK
***

Był słoneczny, czerwcowy dzień 1994 roku. Południe. Kanadyjskie niebo cudownie błękitne, chyba jak rzadko gdzie na świecie. Na tarasie przy stole siedziała Marta. Pisała dziennik. Miała siedemnaście lat. Była śliczna. Długie, ciemne włosy opadały daleko na plecy. Jasna cera, piękne zęby, nad oczyma regularnie, wręcz misternie zarysowane ciemne brwi. Układały się cienkimi nitkami jedną nad drugą, delikatnym łukiem zwężając się ku skroniom. Spojrzałam na wnuczkę z czułością. Przysiadłam. Byłyśmy w Guelph, w Prowincji Ontario w Kanadzie już od miesiąca, u dzieci - Urszuli i Włodka.

- Bula (tak mnie nazywała od dziecka), ty jesteś taka pobożna. Dlaczego? - przerwała milczenie nie przerywając pisania.

Zaskoczyła mnie tym pytaniem.

- A czy mogłabym być niewdzięczna? Przecież gdyby nie modlitwa, nie wiara święta przekazana przez rodziców, wątpliwe byłoby przeżycie ciężkiej okupacji. Nie tylko dla mnie. Dla wielu na Pomorzu. Z pewnością byłoby więcej zachorowań psychicznych, więcej samobójstw. No, więc jak to - jak trwoga to do Boga, a potem...? Nie, nie mogę być niewdzięczna. Ale nie tylko dlatego. Jest jeszcze skarb wiary. Wiary wpojonej od dziecka przez rodziców.

Opowiedziałam jej kilka przeżyć z tego okresu, gdzie groza, lęk, smutek, oczekiwanie i nadzieja towarzyszyły od rana do wieczora. Nawet w nocy. Marta, stale pisząc, powiedziała:

- Spisz to Bula. Czas ucieka, a potem trudno to będzie odtworzyć. Obiecaj.

Obiecałam.

***

Wokoło rozciągały się rozległe łąki. Dla Agnieszki stanowiły od dzieciństwa zaczarowany świat. Była tu przestrzeń zielona, którą ledwie ogarniała wzrokiem, były kwiaty barwne, różnokolorowe, były motyle o delikatnych przecudnie wielokolorowych skrzydłach, były trawy wysokie... Była wreszcie i ścieżka miła, wydeptana, swojska. Biegła od domu tuż obok drogi, raczej kolein przecinających środek łąk. Prowadziła nieomal prosto do trzech wierzb królujących, po lewej stronie u jej wylotu. Były one swoistym drogowskazem, że oto jej bieg łączy się z inną nieco szerszą, poprzeczną ścieżką biegnącą od wiejskiej szkoły, w Białym Lesie do stacji kolejowej Wałdowo. Jeszcze parę minut i pozostawiała piękne, o rzadkiej urodzie, łąki za sobą, by stawać się miejscami krętą dróżką pomiędzy wałem nad strugą a polem, zazwyczaj pełnym w lecie falującego od wiatru złocistego zboża. Wał był porośnięty krzewami, dosyć wysokimi drzewami i różnymi pachnącymi ziołami. W czasie pełnego lata - nie do wiary - można było nawet garściami zbierać fioletowo-czarne, smakowite jeżyny. A w dole wału? Rwący, kryształowo czysty potok. Obdarzony jakby autentyczną wodą górską, zawsze - nawet w upalne dni - lodowato zimną. I szumiący głośno niczem górskie potoki w Tatrach. Bieg jego wód Agnieszka, zadumana kiedyś, porównała do upływającego czasu. Po latach zapisała w pamiętniku:

Jak rwąca fala szumiącego potoku, którego wody płyną beztroskie dokąd je ona niesie, - tak niezastraszony ogromem przyszłości, ani przeszłości, niestrudzony odwieczną bezkresną swą wędrówką płynie naprzód czas. Systematycznie, monotonnie, a przecież tak szybko, niepostrzeżony często mija, unosząc ze sobą każdej minuty, każdej godziny, każdego dnia. każdego roku małe zdawałoby się niepozorne, - niekiedy trudne to znów jakże piękne, jak ważne ułamki życia naszego.

Agnieszka lubiła przystawać na mostku przerzuconym nad wodami strumienia, w połowie drogi nad wałem. Mostku ułatwiającym dojście do stacji kolejowej. Czasami szła tym wałem górą, aby nacieszyć oczy niezapominajkami, które uroczo towarzyszyły - na jego wewnętrznym poboczu - niestrudzonej i zda się wesołej wodzie. Jakże ona wartko płynie, jak gra pieśń nieznaną, jak szumi, jak płacze! Płacze - może za swoim przemijaniem? A może nad przemijaniem traw, ptaków, ludzi... Gdzie jest jej źródło? Czy w pagórkach błędowskich, czy może sarnowskich? Skąd jej stale tak wiele? I stale tak czysta jak najjaśniejszy kryształ? Struga potrafiła być również groźna. W czasie wiosennej odwilży, kiedy śniegi gwałtownie topniały, wylewała swe wody szeroko na łąki. Dopływały one niekiedy aż do rowu porośniętego gęsto olszyną, niedaleko domu rodzinnego Agnieszki. Rowu przecinającego - równolegle do drogi Szkolnej - łąki z polem, przylegającym prawie do obejścia zagrody. Kiedy jednak pojawiło się więcej słońca, łąki i pola się osuszały, wracając zwolna do poprzedniego stanu. Tylko raz - chyba na początku lat siedemdziesiątych - prawie metrowe wody wdarły się do środka Białego Lasu. Zalewały pola, drogi, podwórza, piwnice. Białe łabędzie podpływały pod płoty, pod ganki domów. Pływały po polach i łąkach niczem po jeziorze. Najstarsi mieszkańcy takiego zalania, takiej wody nie pamiętali.

***

Były wczesne lata trzydzieste. Agnieszka z ojcem zbliżała się powoli do trzech wierzb, jakby trzech niemych postaci obserwujących wszystko, co działo się wokoło. Były samotne i jakieś tajemnicze. Zwłaszcza o zmierzchu, czy późnym wieczorem. Były też zwiastunem nadziei, że oto dom już blisko.

- Posadziłem je wiele lat temu, aby rosły i żyły tu z nami. Podobnie jak lipy po obu stronach drogi przed domem, jak dwie inne w ogródku przed wejściem do domu. I brzozy na głównej drodze przecinającej w poprzek Biały Las, zwanej potocznie ulicą Szkolną.

Agnieszka spojrzała na ojca z wdzięcznością. Nie podjęła jednak tego wątku rozmowy. Jakże wydał się jej mądry, dobry i... przystojny. Był wysoki, szczupły, o piwnych oczach osadzonych pod ciemnymi, szerokimi brwiami. O wysokim czole i gęstych granatowo-czarnych włosach. Głos. Lubiła ten głos. Łagodny, ciepły i niepowtarzalny w swej barwie, a jednocześnie męski.

- Wiesz tatusiu - powiedziała - myślałam o tym, że skoro Pan Bóg stworzył ziemię i świat cały dla wszystkich ludzi, dlaczego jedni są bogaci, a drudzy biedni? Zobacz, wiele dzieci, które dojeżdżają pociągiem do szkoły w Grudziądzu, musi iść pieszo wczesnym rankiem do stacji kolejowej, niekiedy kilka kilometrów. Inne przyjeżdżają powózkami lub konną linijką, czasem rowerem. Jeśli jest pogoda, to taka piesza wędrówka jest nawet przyjemna, ale kiedy są deszcze, wiatr lub śniegi... te dzieci siedzą w szkole w mokrych butach i pończochach przez wiele godzin.

- To prawda. Ale widzisz, jedni ludzie są bardziej pracowici, inni mniej; jedni bardziej zdolni, inni mniej; jedni otrzymali w spadku od rodziców więcej, inni mniej; jedni są bardziej zapobiegliwi, inni mniej. W dodatku jest i niesprawiedliwość społeczna, ale to już trudniejsze zagadnienie. Masz przecież dopiero niespełna jedenaście lat. Może kiedyś będziesz się o tym uczyła w szkole. I może kiedyś będzie mniej biedy, będzie więcej sprawiedliwości?

Agnieszka często przypominała sobie te słowa. Również wtedy, kiedy marzyła o małym rowerze, takim o połowę mniejszym od normalnego. Ach, jeździć na nim ulubionymi ścieżkami przez łąki, codziennie rano do pociągu wiozącego ją do szkoły i potem po południu, z powrotem do domu. Ileż to byłoby więcej czasu na odrabianie lekcji, na czytanie lektur..., a nawet - choć rzadko - zabawę z dziećmi? Z takich zabaw Agnieszka najmilej wspomina chowanie się latem za sztygami zboża, przed ich zwiezieniem do stodoły, albo gonitwy jesienią wokół kopców z ziemniakami. Cóż, takich rowerów w ogóle wówczas nie produkowano. Może kiedyś...

***

Dom. Dom był biało - czerwony. Murowany z białej cegły, a na wszystkich narożnikach i krawędziach, tudzież w obramowaniu okien, wykończony czerwoną. Z facjatką o dwóch oknach, kryty czarną papą. Przez środek przebiegała dość szeroka sień, z której prowadziły proste schody na strych i facjatę. Po prawej stronie sieni - patrząc od strony podwórza - były dwa pokoje: jeden z oknem na podwórze, drugi z dwoma wychodzącymi na drogę i las w oddali. Było w nim jeszcze trzecie okno, w szczycie pokoju, przez które zaglądały do środka kolorowe "amerykanki" (czy jak kto woli "warszawianki"), a czasem urokliwe słoneczniki. Jesienią, w tym przydomowym ogródku, bogato kwitły astry. Agnieszka najbardziej lubiła białe i o kolorze wrzosu. Wiosną natomiast pyszniły się tam bzy siejąc swą woń czarowną. Po lewej stronie sieni była obszerna kuchnia z okapem i dwoma oknami: jednym w jej północnym szczycie, a drugim w zachodniej ścianie, wychodzącym na podwórze gęsto porosłe trawą. Podwórze oddzielało dom mieszkalny od murowanej stajni i drewnianej stodoły. Z kuchni prowadziły drzwi do pokoju, zamienionego w połowie na biuro ojca, którego okno pozwalało zachwycać się widokiem dalekiego lasu na wschodzie. Bliżej zaś - polem obsiewanym, co drugi rok, srebrzystym żytem. Kiedy ono zaczynało falować - za podmuchami lekkiego lub silniejszego wiatru - Agnieszkę ogarniał spokój, jakaś błogość, której nie umiała wypowiedzieć. I poczucie bezpieczeństwa, że oto będzie chleb.

Dom rodzinny Agnieszki

Czasem wybiegała na skraj tego pola, wtulała twarz w chabry kwitnące na brzegu zboża lub maki czerwone. Czasem znów wpatrywała się w stojącą nieopodal, tuż za drogą Szkolną, chatę. Przysiadła ona naprzeciwko biało-czerwonego domu. Była kryta strzechą, o ścianach z gliny pobielanej wapnem, pamiętająca schyłek osiemnastego wieku. W jej pobliżu przy innej drodze, prowadzącej w kierunku lasu, a prostopadłej do Szkolnej, stały - w niedalekiej od siebie odległości - olbrzymie dwie brzozy płaczące. Niekiedy, zwłaszcza w czasie wichury, dotykały swoimi zielonymi, długimi włosami ziemi. Kiedy uderzył i zniszczył je piorun - Agnieszka płakała. Po drugiej stronie stała wiekowa lipa. Chata należała do babci Rozalii. Okazała się zbawienna po pożarze drewnianego domu w 1924 roku, przygarniając całą rodzinę pod swój dach. Domu, w którym Agnieszka się urodziła, a który stał ongiś bliżej rowu i łąki. Agnieszka pamiętała ten pożar. Miała wtedy niespełna półtora roku i twierdzi, że pamięta jak mama biegła przez zaorane pole niosąc ją pod pachą, do sąsiadów. Ogromny czerwono-żółty ogień bardzo się jej podobał. Klaskała w rączki. Mieszkańcy Białego Lasu okazali - w tym nieszczęściu - wiele serca. Byli wspaniali. Przynosili niezbędne meble, sprzęty, narzędzia, ubrania - także ubranka dla dzieci itp.

Po tym pożarze, spowodowanym uderzeniem pioruna w czerwcowe południe, ojciec Agnieszki Franciszek, narysował projekt nowego domu. Biało-czerwonego, położonego w środku wsi - domu o polskich barwach. Nic, nie był architektem. Marzył o tym zawodzie w czasach swej młodości. Cóż, przypadły one na okres zaboru pruskiego i mógł tylko marzyć o takim wykształceniu. Ale smykałkę do budowania miał zawsze.

Chata babci Rozalii, wg miniatury Cz. Olearskiej

Szkoła. Ukończył powszechną w 1898 roku, w rodzinnej wsi, w przymusowym języku niemieckim. Tylko nauka religii odbywała się w języku polskim, prowadzona przez polskiego nauczyciela. Szkoła powszechna, w zaborze pruskim, była obowiązkowa dla wszystkich dzieci, polskich również. W Białym Lesie był to prostokątny, parterowy budynek pod strzechą, prawie stuletni o glinianych ścianach i kaflowych piecach. Naukę języka polskiego ojciec Agnieszki zawdzięcza swemu ojcu, także Franciszkowi. W Grudziądzu, w czasie zaborów, Wiktor Kulerski wydawał konspiracyjnie Gazetę Grudziądzką. Tę gazetę musiał ojciec Agnieszki, już jako mały chłopiec, czytać głośno codziennie po obiedzie, przez piętnaście minut. Na stojąco - z szacunku do języka polskiego. Egzemplarze tej gazety przechowywał dziadek Agnieszki w czerwonej, pluszowej kanapie. Spłonęły wiele lat później razem z, historyczną przecież dla rodziny, tą czerwoną kanapą. Wiktor Kulerski, będąc w więzieniu pruskim, w Ploetzensee pod Berlinem, opracował też Dzieje Narodu Polskiego1). Doprowadzone do końca przez redakcję Gazety Grudziądzkiej, stanowiły w niewoli źródło nauki o historii ojczystego Kraju. Dzięki tym patriotycznym zabiegom dziadka Agnieszki, jej ojciec po odzyskaniu niepodległości, po pierwszej wojnie światowej, znał język macierzysty dobrze. Czytał i pisał po polsku bezbłędnie. Znał również historię Polski. Interesował się geografią kraju i świata. Toteż dlatego, ale głównie dla prawego charakteru, został - zaraz po pierwszej wojnie światowej - wybrany sołtysem, później wójtem. Funkcję sołtysa sprawował, z jednoroczną przerwą, przez cały okres międzywojenny i - jeszcze przez jakiś czas - po drugiej wojnie światowej.

Wieś była nieduża. W 1931 roku liczyła 543 mieszkańców. Wśród nich niemały odsetek to niemiecka mniejszość narodowa. Wieś zajmowała obszar ok. 275 ha. Ziemia była przeważnie piaszczysta. Dużo łąk. Także lasy. Ludność zajmowała się głównie rolnictwem. Uprawiano żyto, owies, ziemniaki, jęczmień, również pszenicę. Hodowano bydło oraz trzodę chlewną. Poszczególne gospodarstwa były usytuowane w pewnym oddaleniu od siebie.

***

Agnieszka miała liczne rodzeństwo. Była trzecim, z dziewięciorga, dzieckiem. Najstarszym była Wanda. Wysoka i - mówiono - zgrabna jak sarna. Ciemna szatynka o piwnych oczach, śniadej cerze, smukła, zdolna i nieco władcza. Kiedy tylko opanowała naukę pisania i czytania (a było to w czwartej klasie szkoły powszechnej), pomagała ojcu w prowadzeniu ksiąg sołeckich i wójtowskich. Robiła to dokładnie i starannie. Podziwiano także jej ładny charakter pisma. Ulubioną siostrą Agnieszki była Kinga, a bratem Roman. Kinga była wręcz urodziwa. O mleczno-krwistej cerze, długich, czarnych włosach i dużych szarych, o kolorach tęczy oczach. Te oczy i włosy odziedziczyła po mamie Zofii. Kiedy ojciec przywiózł mamę w 1919 roku, z Bągartu w powiecie wąbrzeskim, do Białego Lasu, mówiono we wsi, że przywiózł żonę piękną jak lalka, ale nie do pracy w gospodarstwie. Wkrótce przecież zadziwiła całą okolicę pracowitością i oddaniem rodzinie. Średniego wzrostu, zwinna i szybka. W dodatku dobrze szyła. Nie lubiła marnować czasu na zbędne pogawędki z sąsiadami.

- Z tego to tylko plotki. Każdy ma sporo zachodu wokół swoich spraw - mawiała.

Tatuś jeździł do mamy w konkury na gniadym koniu. Niekiedy, wracając o szarówce do domu, tamtejsi chłopcy, kawalerzy - z zazdrości o miejscową dziewczynę - obrzucali go kamieniami.

Kinga i Roman to dzieci najbardziej muzykalne. Stąd to ich ulubienie przez Agnieszkę. Przyrodę i muzykę bowiem uwielbiała. Kinga pięknie grała na bałałajce i mandolinie, Roman prawie na każdym instrumencie oprócz skrzypiec. Mówiono o nim:

- To istny Janko Muzykant.

Miał absolutny słuch. Raz zasłyszaną melodię odtwarzał bezbłędnie. Na ustnych organkach wyprawiał cuda. A propos skrzypiec - nie miał okazji ich wziąć do ręki. Gdyby taka była - kto wie... Jerzy. Był pierwszym chłopcem w rodzinie. Wysoki blondyn z niebieskimi oczyma. Dobroduszny, bardzo rodzinny, sypiący dowcipami na prawo i lewo. Często już jakiś jego gest czy ruch, pobudzał do śmiechu. Ogromnie przywiązany do mamy. Przeciwieństwem była Zochna. Spokojna, jakby jej nie było. Nie wadziła nikomu. Oryginalna urodą. Jej ciemne blond włosy były gęste i faliste, a oczy piwne. Agnieszka natomiast to szatynka z oczyma niebieskimi i czołem wysokim. Wreszcie trójka najmłodszych: Apolinary, Leokadia i Stefania. Apolinary, nazywany Polkiem i Stefcia to jakby cygańskie dzieci. Śniade, z bardzo ciemnymi włosami i oczyma jak świecące węgle. Agnieszka pamięta, jak dwuletnia Stefcia, wesoły śmieszek, lubiła siadać na piersi kilkunastoletniego Jerzego - kiedy tylko położył się na leżance - próbując zaplatać mu warkoczyki. Znosił to cierpliwie. Była jego ulubienicą i wszystko jej było wolno. Polek był wyjątkowo ślicznym chłopcem i złościł się, kiedy mu któreś ze starszego rodzeństwa okazywało nadmiar czułości. A Lonia? Miła blondynka, zwinna jak mama, o złotym sercu i - kiedy dorosła - nad wyraz opiekuńcza oraz troskliwa, przypominająca w tym mamę.

***

O rodzicach Agnieszki trzeba więcej napisać. No więc mama. Rodzina, dzieci, gospodarstwo domowe, pole, łąki, inwentarz żywy - to cały jej świat. Agnieszka nie pamięta jej wolno idącej. Stale jak w marszu. Nawet, kiedy szła do krów na łąki z nosidłami z wodą (pod nieobecność męża), nie szła wolnym krokiem. Nie pamięta też, by kiedykolwiek skarżyła się na ciężką pracę czy różne kłopoty, których nie brakowało.

- Na zmartwienia, także te ciężkie, najlepszym lekarstwem jest praca - mawiała.

A praca nigdy jej nie oszczędzała. Nawet po urodzeniu dziecka, wstawała już następnego dnia, choćby do lżejszych obowiązków. Pracowała również, niemal do ostatniej chwili przed urodzeniem, szyjąc wyprawkę dla nowego maleństwa. Toteż tatuś wiele, wiele lat później kazał napisać na tablicy nagrobnej "Najpracowitszej, niezapomnianej Żonie. ..". Bardzo cenił pracę mamy i nigdy nie krytykował. Mama nie lubiła prawić morałów. Były tylko - od czasu do czasu - jej krótkie, cenne wskazówki. Agnieszka pamięta dobrze, kiedy dorastała, jedną z nich:

- Najlepiej żyć według stanu. Wtedy zawsze każdemu można, z podniesionym czołem, spojrzeć w oczy.

Jakie to proste i... mądre. Agnieszce utkwiło to zdanie głęboko w sercu. Było niezłomnym drogowskazem. Jednym z wielu, jakie usłyszała od rodziców.

Mama bardzo ładnie szyła. Szyła dla całej rodziny. Dla swoich córek zgrabne sukienki, również ślubne. Szyła też dla sąsiadów, traktując to przeważnie jako pomoc sąsiedzką.

A kuchnia? Mama gotowała proste, ale jakże smaczne potrawy. Niemal wszystkie produkty pochodziły z własnego gospodarstwa, uprawiane na naturalnych nawozach. Obiad mięsny był dwa razy w tygodniu, przeważnie w środę i w niedzielę. Okazało się później, że to bardzo zdrowo. Jako jarzynka do mięsa była, od czasu do czasu, kapusta kiszona obgotowana, a następnie obsmażana na słoninie. Smakowita. Kapustę i ogórki kisiło się jesienią w dużych, dębowych beczkach. Starczały na cały rok. Prawie w każdy piątek jadało się śledzie w śmietanie, zrobionej z własnego mleka, z cebulą i ziemniakami zwane siwoszkami - o fantastycznie dobrym smaku. Były one uprawiane, w gospodarstwie rodziców, przez długie lata. Ich sadzonki przywiózł ojciec Agnieszki z Węgier, dokąd trafił w czasie pierwszej wojny światowej. Zwykle sam je cierpliwie obierał. Były małe, a dbał o to by skórka z obierania - niemal fioletowego koloru - była bardzo cienka, prawie przejrzysta. Tak przygotowane do gotowania były najlepsze i zachowywały najwięcej wartości odżywczych. Polane stopioną słoniną ze skwarkami i jedzone z zsiadłym mlekiem - pyszne. Agnieszka całego zestawu potraw z kuchni mamy gotowanych w tyglu żeliwnym, przeważnie na drzewie - nie pamięta. Jednak z rozkoszą wspomina grochówkę, fasolową, czerninę z kładzionymi kluskami albo suszonymi śliwkami czy też dobrymi ziemniakami, rosół z kury klarowny z makaronem domowego wyrobu, także rosół z wołowiny z ziemniakami osobno gotowanymi, kluski ziemniaczane ze skwarkami, no i "spółkę". Spółka to zupa z gotowanych ziemniaków, z zacierkami, zalewana przy końcu gotowania roztopioną słoniną ze skwarkami i cebulką. Była tak smaczna, że ustawiała się kolejka po dokładkę. Mama wypiekała też przepyszny, pachnący chleb - niekiedy na liściu chrzanowym. Piekła raz w tygodniu dużą dzieżę. Często prawdziwie razowy, który ze świeżo zrobionym przez nią masłem, stanowił przysmak nie lada. No i ta pyszna maślanka, też swojego wyrobu. Trzeba jeszcze wspomnieć o placku drożdżowym z kruszonką i mnóstwem rodzynek. Takiej kruszonki już później nikt nie potrafił zrobić! Nawet Lonia, której naśladowanie mamy prawie się udawało.

A propos śledzi spożywanych dosyć często, nic tylko w domu Agnieszki - dla dzieci z rodzin przybyłych na Pomorze stanowiło to wystarczający powód, by wołać na miejscową młodzież:

- Pomorskie śledzie.

Te z kolei, przekomarzając się, odpowiadały w rewanżu:

- Bose Antki.

Co drugie bowiem dziecko miało na imię Antoni, a wszystkie potrafiły biegać po rżysku boso.

Agnieszka zawdzięcza mamie nauczenie jedzenia prawie wszystkich potraw.

- Trzeba wszystko jeść co jest świeże i dobrze ugotowane. Trzeba się tego nauczyć. Nie grymasić. Nie wiadomo przecież kiedy i w jakich warunkach człowiek się w życiu znajdzie.

Jakże ta nauka przydała się Agnieszce. I w czasie okupacji i później w rozmaitych, trudnych życiowych okolicznościach.

Mama, przy jakże licznych obowiązkach i niewątpliwym stale zmęczeniu, nie zaniedbywała codziennej modlitwy z dziećmi. Klękała razem ze swoją gromadką i z powagą oraz religijnym uszanowaniem, przewodziła modlitwom dziękczynnym, jak i prośbom o zdrowie, opiekę, dobre plony. Była dumna, że wszystkie dzieci wychowała w zdrowiu do dorosłości. Z chorobami radziła sobie według ludowej tradycji. Do lekarza bowiem było dość daleko, a i koszt leczenia to spory wydatek. I tak na przykład przeziębienia łagodziła herbatą z sokiem malinowym, bóle gardła duszoną na tłuszczu cebulą z cukrem, którą trzeba było zjeść bardzo gorącą.

W jesienne i zimowe wieczory, często robiła na drutach skarpety lub pończochy z wełny. Agnieszka podziwiała zwinność jej palców i to przeważnie przy zamkniętych oczach. Czyżby odpoczywała przysypiając przy tej czynności? Czasem snuła opowieści o swoim domu rodzinnym, rodzicach, rodzeństwie. Niekiedy zaś o pieszych pielgrzymkach do Gietrzwałdu. O historii tego pięknie położonego - na wysokim wzniesieniu nad rzeczką Gilwą, wśród drzew - Sanktuarium Maryjnego, oddalonego od miejsca jej zamieszkania w młodości o około siedemdziesiąt kilometrów. Gietrzwałd jest położony przy stacji kolejowej Biesal, na linii Olsztyn - Ostróda. Kult cudownego obrazu Matki Bożej datuje się już od 1583 roku, a słynne objawienia w koronie drzewa dwom dziewczynkom warmińskim, Barbarze Samulowskiej i Justynie Szafryńskiej, zdarzyły się w 1877 roku.

Za domem, w kierunku łąk był, za czasów dzieciństwa i młodości ojca Agnieszki, dorodny sad. Któregoś roku niespodziewana sroga zima zniszczyła go niemal całkowicie. Pozostała tylko śliwa, grusza, orzech włoski i dwie jabłonie - sztetyna biała. Już nie ma takich jabłek. Cóż za smak! A aromat?! Tatuś lubił wspominać o tym sadzie. Wiosną, bywało, wołał Agnieszkę, uradowany pokazując rozkwitłe w trawie samosiejki: białe narcze czy fiołki, prawdziwe ciemno-fioletowe, aksamitne fiołki.

- Powąchaj, to rzadkiej piękności zapachy.

Potem mówił, że w tym sadzie babcia Rozalia miała też kwiaty. Ale i one wyginęły. Gdzieś jednak zachowały się niektóre korzonki. Stąd teraz... Ojciec Agnieszki był z natury raczej romantykiem. Nie znaczy to, by zaniedbywał swoje obowiązki. A było ich niemało. Sprawy sołectwa, później wójtostwa zabierały sporo czasu. Gospodarstwa też nie mógł zaniedbać tym bardziej, że prowadzenie go zależało, w dużym stopniu, od klimatu, a ściślej od kaprysów pogody. Kochał przyrodę. Czerpał z niej siły. Agnieszka pamięta jak lubił spacerować w niedzielne popołudnie, zwłaszcza przy słonecznej pogodzie, miedzami pośród pól. Jakże się jej podobał. W jasnej kurtce, tak zwanej panamce, takiejże czapce i z laską z trzciny bambusowej. Szedł wolno przystając od czasu do czasu. To obserwował łany zbóż, to znów wsłuchiwał się w śpiew ptaków, to z kolei rozkoszował zapachem ciszy niosącej ukojenie, po tygodniu wytężonej pracy. Pewnego razu, na taki spacer zabrał Agnieszkę.

- Wieś. Tylko tu można nasycić oczy przestrzenią pól, łąk, błękitem nieba. Tu obcowanie z przyrodą jest pełne. Tylko tu można ogrzać się ciepłem ziemi. Duszę ogrzać. W mieście kamienne chodniki i jezdnia od niego oddzielają. Oddzielają od ciepła ziemi. Tu rolnik jest panem kawałka świata. To ciężki, ale piękny zawód.

Agnieszka słuchała ciekawie, coraz bardziej kochając ziemię rodzinną. Tę miłość przekazywał jej ojciec każdym słowem, gestem, przykładem pracy i prawym życiem. Ani spostrzegła, jak zbliżyli się do skraju lasu.

- Las. Zobacz, na jego brzegu drzewa, zdaje się, rosną rzadko. Ale zapamiętaj: "Im dalej w las tym więcej drzew". I tak ze wszystkim w życiu. Im dalej będziesz w nie wkraczała, tym więcej napotkasz problemów.

Ojciec Agnieszki udzielał się też, w miarę sił i czasu, społecznie. Nie odmawiał nikomu pomocy, zwłaszcza rozmaitych porad, pisania różnorakich podań itp. itp. Na okazyjne uroczystości w Białym Lesie, czy też parafii sarnowskiej, pisał okolicznościowe przemówienia i sam je wygłaszał - oczywiście z pamięci. A to na powitanie lub pożegnanie kierownika szkoły, a to z okazji wizytacji księdza biskupa lub powitania nowego kapłana w parafii. Także z powodu innych okoliczności. Ojciec Agnieszki należał wszakże do miejscowego koła Akcji Katolickiej. Był też członkiem Rady Szkolnej i Rady Parafialnej. Do tejże Rady, jak również Akcji Katolickiej należał także generał broni Józef Haller. Mieszkał bowiem na terenie wymienionej parafii, w miejscowości Robakowo. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej otrzymał tam - za znane zasługi dla obronności kraju - majątek ziemski, o obszarze bodajże 200 hektarów. Kiedy generał Józef Haller był prezesem Akcji Katolickiej, tatuś Agnieszki był jego zastępcą i równocześnie przewodniczącym Rady Parafialnej. Kiedy zaś generał Haller był przewodniczącym Rady, ojciec Agnieszki go zastępował, będąc także prezesem Akcji Katolickiej. Agnieszka, jak i cała rodzina, wiedziała, że generał Haller cenił ich ojca i była z tego bardzo dumna. Pamięta generała z niedzielnych mszy świętych, w Sarnowie. Siadywał z małżonką w prezbiterium kościoła, zawsze w niebiesko-szarym, zwanym błękitnym, mundurze. l zawsze bardzo skupiony. W czasie każdej mszy świętej, przyjmował komunię świętą. Do kościoła przyjeżdżał bryczką zaprzężoną w dwa konie.

Generał Józef Haller w czasie procesji Bożego Ciała w Sarnowie w 1939r.

Agnieszka opowiadała o tym wszystkim - wiele, wiele lat później synom Krzysztofowi i Włodkowi. Kiedyś Włodek, jej młodszy syn - z natury gaduła i bardzo dowcipny - rozmawiał na lekcji historii w klasie licealnej, z kolegą siedzącym obok. Zauważył to nauczyciel, który właśnie kontynuował temat Generał Józef Haller w historii polskiej.

- Włodek, co wiesz o generale Hallerze?

Włodek wstał, poprawił marynarkę i zaczął:

- Generał Józef Haller, były współpracownik mojego dziadka...

Cała klasa w śmiech.

- Siadaj.

Nauczyciel się także roześmiał. Darował mu przeto nieuwagę, jako, że Włodek był z historii bardzo dobry.

Włodek niekiedy zaskakiwał pomysłami. Pewnego jesiennego dnia (był wówczas w drugiej powszechnej) przyszedłszy ze szkoły, rzekł do Agnieszki myjącej okno:

- Mamo, przestań pracować, porozmawiajmy troszeczkę.

Agnieszka siadła przy nim.

- Jak ja będę Prezydentem Rzeczypospolitej, to swoje urzędowanie rozpocznę od zniesienia chuligaństwa.

Agnieszka z trudem utrzymała powagę.

- Dobrze byłoby, ale jak to zrobisz?

- Wszystkich chuliganów wyślę do obozu pracy.

- Na to nie pozwala Konstytucja.

- To się zmieni Konstytucję.

Innym razem, kiedy zamordowano prezydenta Johna Kennedy'ego, zafrasowany zapytał:

- Prawda mamo, że prezydent Kennedy był dobry?

- Tak synku. Był dobry dla ludzi.

- Jak dla ludzi, to i dla Boga - bo w tych ludziach mieszka Bóg!

Wspominając ojca, Agnieszka widzi go wracającego z drogi, kiedy zapomniał o porannej modlitwie. Wchodził wtedy do pokoju, klękał i głośno odmawiał cały pacierz: Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga, Dziesięcioro przykazań. Na końcu Aniele Boży. A kiedy szedł majestatycznym krokiem, z białą płachtą przerzuconą przez ramię, rzucając rytmicznymi ruchami ziarno, w zaoraną ziemię - był wręcz dostojny. Ziemia stawała się swojska, miła. I... też dostojna.

- Błogosławiona ziemia, która rodzi chleb - wyszeptała Agnieszka.

Podobnie jak mama, nie prawił morałów. Od czasu do czasu tylko, w odpowiednich sytuacjach, wtrącał - jakby mimochodem:

- Nie czyń drugiemu, co tobie nie miło.

- Najpierw obowiązki, potem przyjemność.

- Trzeba żyć i dać drugim żyć.

- Lepiej samemu stracić aniżeli kogoś skrzywdzić.

- Nie poniżaj, czy uchowaj Boże, nie pogardzaj nikim ze względu na pochodzenie. Nikt nie jest winien, ani to niczyja zasługa, kim i gdzie się urodził.

Albo:

- Tam kończy się twoja przyjemność, gdzie zaczyna się krzywda innego człowieka.

- Krzywdą drugiego nikt się nie wzbogaci.

Albo:

- Nie sprzeciwiaj się innemu człowiekowi bez potrzeby.

A także:

- Wartość człowieka poznaje się po jego stosunku do drugiego człowieka, zwłaszcza z najbliższego otoczenia i w codziennym obcowaniu.

Czasem mówił o zazdrości:

- To brzydka cecha. Nie należy zazdrościć. Przecież zazwyczaj nie wiemy, ile ktoś już ciężkich chwil przeżył i ile go jeszcze cierpień czeka.

Niekiedy pytano go o kogoś, czy jest dobrym człowiekiem. Zastanawiał się wtedy:

- A czy jest sprawiedliwy? Jeśli nie, to nie ma o czym mówić.

Jednak gdy, w jego obecności kogoś krytykowano, był wyrozumiały; odpowiadał w zamyśleniu:

- Każdy ma swoje przywary.

Jako jedną z zasad jego postępowania był "złoty środek". Czasami więc mówił:

- W wielu rozmaitych sytuacjach życiowych "złoty środek" to najlepszy sposób rozwiązywania problemów. Sprawdziłem to na sobie.

W rodzinnym domu Agnieszki nie krytykowano ani nauczycieli, ani kapłanów:

- To wychowawcy Narodu - mówili rodzice.

Ileż mądrości życiowej w tych myślach! I jaki ładunek treści wychowawczych! Był bardzo cierpliwy. Prawie nigdy się nie złościł, a kiedy wyjątkowo coś go rozgniewało, jedynym przekleństwem było "psiakość".

- Przeklinanie sprowadza nieszczęście - twierdził.

Uczył szacunku do pracy - każdej użytecznej pracy. Nigdy też nie używał "dyscypliny", wiszącej na drzwiach kuchennych, kiedy należałoby ukarać któreś z niesfornych dzieci.

***

Agnieszka lubiła majowy deszcz. I nie tylko dlatego, że mama zachęcała do biegania w czasie kiedy padał, mówiąc żartobliwie, że "wtedy dzieci rosną" (była najmniejsza z dziewcząt w rodzinie), ale głównie dlatego, że wkrótce po nim wszystko pachniało świeżością. Trawy perliły się srebrzyście, na łąkach pozostawały małe jeziorka i rozkoszą było bieganie po nich boso. Kryształki rozpryskującej się wody wywoływały śmiech radosny, beztroski, a i bociany zjawiały się krocząc ostrożnie, niemal majestatycznie, w poszukiwaniu zielonych żab. Po takim deszczu - zda się - wszystko rosło w oczach. I stokrotki wysypywały się z traw, kusząc oczy swą prostotą, a przecież tak piękne, i jaskry żółte szykowały z wolna swe płatki do rozchylania, i dzwonki liliowe zapowiadały wdzięk kolorowy, i "Łzy Matki Boskiej" dopominały się, coraz bujniejsze, aby je zauważono... i jeszcze tyle, tyle innych kwiatów i ziół rwało się do życia. Toteż zawsze, kiedy jaskółki wylatywały z gniazd, uwitych pod stropami stajni czy stodoły, fruwając nisko, dzieci ucieszone wołały:

- Deszcz, będzie deszcz.

A wieczory po takim deszczu? Kiedy był ciepły dzień, nad łąkami zaczynała unosić się lekka mgła i cisza, osobliwa cisza obejmowała przestrzeń całą we władanie. Ani patrzeć jak nadszedł czerwiec i czas sianokosów.

Sianokosy to dla Agnieszki przede wszystkim niesamowity zapach świeżo skoszonych traw i powietrza nasyconego słońcem. Chociaż... żal koszonych ziół, kwiatów, traw wysokich. Tuż za rowem, po prawej stronie drogi prowadzącej na szerokie łąki, była mniejsza łączka, cała biała od urokliwych margerytek. Tę kosił tatuś na samym końcu. A kiedy Agnieszka - wiele lat później - spóźniała się z przyjazdem na ferie z warszawskiego akademika, jej ulubione margerytki czekały na nią. Długo nie wolno było ich ściąć nikomu.

Sianokosy. Zapach siana był dla Agnieszki istnym oszołomieniem. Pełnymi garściami podsuwała je do nosa, rozkoszując się nim ogromnie, zanim je zwieziono. Bywało - kiedy była ciepła noc - spanie szykowano na sianie. To już trudno opisać! Dla dzieciarni to prawdziwe wesele. Z dala, znad łąk, ze strugi dolatywał rechot żab, modlitwa wieczorna przeplatywała się ze słowami zachwytu i sen zwolna, upojony zapachem świeżego siana, zamykał oczy na wiele godzin.

Kiedy urodziła się Lonia - a było to w połowie wakacji Agnieszki, po pierwszej klasie szkoły powszechnej - skończył się dla niej wolny czas. Trzeba było pomóc mamie, choćby przy pilnowaniu małego dziecka. Tak też było. Kiedy jednak mała siostra zasnęła, trudno było usiedzieć na miejscu. Z okien kusiła szkoła, za którą Agnieszka bardzo tęskniła. Napisała wtedy:

O szkoło, szkoło nasza kochana,

jak wielce jesteś przez nas miłowana.

Wakacje szkolne rozłączą nas,

lecz czas niedługo połączy nas.

Był to pierwszy wiersz Agnieszki. Pewnego razu, kiedy Lonia mocno spała, Agnieszka uciekła do tej szkoły i żeby nikt jej nie zobaczył czołgała się przez kartofliska, które rosły w pobliżu. W szkole było jej przecież dobrze. Słuchała ciekawych opowiadań kochanej nauczycielki, uczyła się czytać, pisać, rachować. Jak można nie lubić szkoły - tego nie rozumiała. W Białym Lesie szkoła powszechna była pięcioklasowa. Takie wtedy (zazwyczaj jednak czteroklasowe) były na wsi z tym, że do ostatniej klasy dzieci chodziły przez trzy lata; w każdym roku o zróżnicowanym, wyższym programie. Agnieszka przez wszystkie lata była prymuską.

Po ukończeniu czwartej klasy, bawiła na wakacjach u swojej babusi Anny, w Nowej Wsi Królewskiej (dalej: Nowej Wsi) koło Wąbrzeźna. Babusia (tak ją nazywano od zawsze) bardzo ją kochała. Zabierała ją, każdego roku w lecie, na dłuższy czas do siebie. Przyjeżdżała z dziadkiem Janem wozem zaprzęgniętym w gniadego konia i po około dwóch godzinach jazdy Agnieszka była u dziadków w Nowej Wsi. Pamięta, jak była jeszcze mniejsza, to babusia stroiła ją w najładniejsze sukienki i prowadziła do miejscowego kierownika szkoły, a nawet księdza proboszcza.

- To Zosi - chwaliła się wnuczką.

Czasem prosiła, by Agnieszka powiedziała im jakiś wierszyk. Babusia była niskiego wzrostu, bardzo żywa i towarzyska. Lubiana w okolicy. W czasie zaboru pruskiego była katechetką. Agnieszka odziedziczyła wzrost po niej - tak mówiono. Ulubionym miejscem Agnieszki u dziadków był dach piwnicy w podwórzu, zwanej parsk2). Był on porosły zieloną darnią, łatwo dostępny z tylnej, spadzistej strony. Do piwnicy wchodziło się z przodu, a następnie schodami w dół, do głębokości półtora metra. Było tam stale zimno. Zastępowała więc dzisiejszą lodówkę. Na dachu tejże piwnicy przeczytała Agnieszka pierwszą w życiu książkę. Była nią Chata Wuja Toma, napisana przez Stanisława Stampf'la, na podstawie powieści Hariett'a Beecher'a-Stowe'a.

***

Pewnego dnia wakacji przed rozpoczęciem nauki w piątej klasie, przyjechał niespodziewanie, do dziadków Agnieszki jej tatuś.

- Musimy wracać do domu. Twoja nauczycielka, pani Maria, stara się, abyś zaczęła chodzić do piątej klasy w jednej ze szkół grudziądzkich. W tym celu musisz z nią pojechać do Grudziądza. Chce cię przedstawić kierowniczce wybranej szkoły i prosić o przyjęcie do niej.

Dla Agnieszki ta wiadomość to jakby grom z jasnego nieba. Momentami czuła radość, za chwilę jednak ogarnął ją lęk.

- Uczyć się w mieście, w powiatowym mieście! Czy podoła?

Pociąg, do którego wsiadła pani Maria z nieco wystraszoną Agnieszką w Wałdowie, zdawał się jechać zbyt wolno. Niecierpliwiły się obie. Dobrze, że słoneczna, ciepła pogoda niosła trochę spokoju do duszy. Wreszcie stanęły przed kancelarią szkoły im. Marii Konopnickiej. Był to dwupiętrowy budynek z żółtej cegły przy ulicy Gabriela Narutowicza, w pobliżu parku. Taką to szkołę wybrała pani Maria. Szkołę, której miejscowe dzieci się obawiały i to zarówno z powodu opinii o wysokim w niej poziomie nauczania, jak i dyscypliny uczniowskiej. Po chwili zostały przyjęte przez kierowniczkę, panią Zofię. Była to dystyngowana osoba, wysoka, w średnim wieku, bardzo elegancka.

- Dziecko z wiejskiej szkoły do piątej klasy? Na to nie mogę się zgodzić. Powtarzać czwartą, to owszem.

- Ależ, proszę pani - Agnieszka jest moją najlepszą uczennicą. Ręczę za nią. Proszę ją przyjąć choćby na próbę. Przekona się pani, że już po kilku tygodniach będzie w czołówce, a na koniec półrocza pierwszą z uczennic. Podciągnie pani całą klasę. Jestem pewna.

Na nic się zdała ta obrona. Musiała jednak być dostatecznie przekonująca, gdyż kierowniczka, pani Zofia zasugerowała udać się, po odpowiednie zezwolenie, do inspektora szkolnego. W drodze do niego wiele myśli nie dawało Agnieszce spokoju.

- Dziecko ze wsi... - czyżby gorsze? Ale dlaczego? Dlaczego?

- Może takie jest zalecenie władz - myślała pani Maria.

Inspektor, wysoki, przystojny mężczyzna w sile wieku, zadał jej kilka pytań (Agnieszka nie pamięta już jakich) i - o dziwo - wyraził pisemną zgodę. Tak oto Agnieszka stała się uczennicą piątej klasy jednej z grudziądzkich szkół. W drodze powrotnej przez łąki usłyszała od swojej pani:

- Pamiętaj, wierzę w ciebie. Nie możesz mi zrobić zawodu.

To zdanie nie opuszczało Agnieszki prawie nigdy. Uważna była na lekcjach, starannie odrabiała zadania domowe, a książki późnym wieczorem kładła do snu pod poduszkę. Podobno wtedy nic nie ulatuje z pamięci. Toteż faktycznie, po kilku tygodniach była jedną z lepszych uczennic, a na końcu roku pierwszą. Wzywana na przykład do tablicy rozwiązywała zadania z arytmetyki bez trudu i to po krótkim, pierwszym ich omówieniu przez nauczycielkę. Z wypracowań z języka polskiego otrzymywała najlepsze noty. Kiedyś - wspomina - a było to już w siódmej klasie, odbywała się klasówka z arytmetyki. Lekcję wizytował sam inspektor szkolny. Tematem do rozwiązania było zadanie dotyczące wielkości odwrotnie proporcjonalnych. Podane jednak niezbyt sugestywnie i wszyscy oprócz Agnieszki rozwiązali je jako wprost proporcjonalne. Wtedy inspektor zainteresował się, dlaczego ona, po ukończeniu szóstej klasy, nie zdawała do gimnazjum ogólnokształcącego. Zalecił kierownictwu szkoły starania, aby ta uczennica nie poprzestała na siódmej klasie. Wówczas Agnieszka i jej rodzice postanowili, że złoży dokumenty do Gimnazjum Kupieckiego. A to głównie z powodu, aby już po kilku latach mogła podjąć pracę zarobkową. Przed egzaminami wstępnymi powtórzyła się, w jakiejś mierze, sytuacja sprzed kilku lat. Kierowniczka szkoły, pani Zofia Brandtowa wezwała Agnieszkę do kancelarii.

- Liczę na ciebie. Pamiętaj, musisz być ponad poziom.

Egzamin był konkursowy. Agnieszka zdobyła drugie miejsce, a pani Zofia opłacała za nią czesne przez kilka miesięcy.

Szkoła i nauka. To było życie Agnieszki. Jej świat. Stale się jednak bała, że kiedyś zawiedzie, że zapomni... A przecież największą zapłatą za jej trudy i wysiłek był ojciec wracający z wywiadówki, kiedy uśmiechał się i podkręcał wąsy. Zawieść go? Lub nauczycieli? Nie mogła na to pozwolić! W czasie więc wakacji, z obawy, aby nie uleciały z głowy nabyte wiadomości, kryła się daleko na miedzy wśród pól z rosnącym zbożem, wertując kartki książek czy zeszytów. Po wyśledzeniu jej kryjówki przez brata Jerzego usadowiła się wysoko w koronie dużego orzecha, w dawnym ogrodzie. Kiedyś brat, chodząc pod tym drzewem, wzywał ją na obiad, ale siedziała tam cicho jak mysz pod miotłą. Oczywiście po powrocie wieczorem do domu nie mogło się obejść bez zasłużonej kary.

O książki bardzo dbała. I jeśli w domu była awantura, to zwykle o to, że któreś z rodzeństwa wzięło jej książkę, a po wykorzystaniu nie położyło na miejsce. Kiedyś - a było to jesienią, prawdopodobnie w szóstej klasie - Agnieszkę wracającą z pociągu spotkała burza. Był ulewny deszcz i wiatr. W dodatku mostek nad strugą zniszczony. Nieopodal niego Agnieszka upatrzyła miejsce, jej zdaniem, dobre do przeskoczenia. Woda w strudze była bardziej rwąca jak zazwyczaj i jak nigdy jakaś zamulona.

- Z teczką nie przeskoczę - pomyślała Agnieszka - Trzeba ją najpierw przerzucić.

Jak pomyślała, tak w mig uczyniła. Cóż, kiedy rzut był za słaby i woda porwała jej książki. Bez namysłu skoczyła w ubraniu do strugi i niemal się przewracając dogoniła teczkę z książkami. Zmoczona prawie po szyję, dotarła do domu. Na szczęście się nie rozchorowała. Potem przez wiele wieczorów przepisywała zalane wodą zeszyty, suszyła książki. Uradowana jednak, że je ocaliła.

Czas dojeżdżania do szkoły powszechnej w Grudziądzu Agnieszka wspomina z sentymentem. I to pomimo, iż musiała codziennie wstawać o piątej trzydzieści, a potem pieszo iść około dwa kilometry do pociągu, który odjeżdżał z Wałdowa o godzinie siódmej. Do domu wracała o siedemnastej. Lekcje kończyły się zazwyczaj o trzynastej lub czternastej. Wolny czas przeznaczała albo na pomoc, po lekcjach, słabszym koleżankom albo wstępowała do kościoła, przy ulicy Moniuszki. Był tam duży obraz Serca Jezusowego.

- Pomagaj mi, pomagaj - prosiła. - Daj siły. Opiekuj się mną.

Kiedy dni, późną jesienią i zimą były krótsze, a poranki około godziny szóstej - siódmej ciemne, tudzież wczesne wieczory, Agnieszkę - do i z pociągu - odprowadzali kolejno siostry i brat. Czasem tatuś. Jakże im była wdzięczna.

Niekiedy w pociągu zaznawała trochę goryczy. Na początku jej dojazdów, kiedy nie było jeszcze osobnego wagonu dla młodzieży szkolnej, wsiadała do trzeciej lub czwartej klasy. Przedział czwartej był dość duży, bez ławek. W dni targowe zawsze zatłoczony. Wtedy to przypadkowo słyszała niektóre rozmowy. Potem pytała ojca, co znaczą takie określenia jak "swoi", "nasi", "tutejsi", Wyjaśniał to następująco:

- Po pierwszej wojnie światowej część ludności niemieckiej opuściła swoje domostwa, wyjeżdżając do Niemiec. Gospodarstwa te kupowali najczęściej Polacy - przybysze z terenów dawnego Królestwa Kongresowego, tak zwanej "Kongresówki", albo byłego zaboru austriackiego - Galicji. Stamtąd też, szczególnie z Galicji (była w niej, spośród innych zaborów, największa autonomia) wywodzili się nauczyciele, urzędnicy itp. Zaborca zezwalał tam na szkoły polskie, stąd też ich właściwe przygotowanie do pełnienia wymienionych funkcji. Lepiej władali językiem polskim. W potocznych rozmowach nazywają siebie "nasi" lub "swoi". Może to i logiczne, ale takie dzielenie na lepszych i gorszych - jak to odczuwałaś - smutne. No bo skoro tu zamieszkali... to już tutejsi.

Agnieszka uwielbiała przebywać na łąkach. Często powtarzała tam zadany materiał na zajęcia lekcyjne. W letniej, słonecznej ciszy zachwycała się całą okolicą.

- W Białym Lesie mamy wszystko - mówiła - las, łąki, pagórki, strugę, małe stawy, no i oczywiście pola pachnące niekiedy żółtym łubinem.

Wieś leżała bowiem w kotlinie, otoczona od wschodu lasem, zachodu obramowana strugą i łąkami, od południa falistymi pagórkami błędowskimi, od północy znowu lasem. Jakby mała Polska, woda, góry, lasy, pola, jeziora. Jeśli stanąć na drodze łąkowej, w bezwietrzny, jasny dzień można było zobaczyć (patrząc w kierunku południowo-zachodnim) czerwony dach kościoła sarnowskiego. Kościoła usytuowanego na wysokiej skarpie, nad rzeczką Młynówką. Sarnowo. Wieś założono w 1340 roku. Nazwę, jak głosiła legenda, otrzymała od saren, których w zamierzchłych czasach było na jej zalesionym wówczas terenie mnóstwo. Kościół został doszczętnie spalony w 1938 roku. Odbudowany jednak w drugiej połowie tegoż i pierwszej 1939 roku. Cały murowany, głównie z kamienia, także - cegły. Pierwotnie gotycki, jednonawowy o gwiaździstym sklepieniu. Ołtarze, ambona, kropielnica, jak i świeczniki wykonano po pożarze, z krajowego biało - szarego alabastru. Prawdopodobnie fundacji generała Józefa Hallera.

Parów sarnowski w 1943 roku

Kościół w Sarnowie od strony parowu w 1943 roku

Droga do kościoła - oddalonego o około cztery kilometry od domu rodziców Agnieszki, biegnąca w końcowej części przez bogato zadrzewiony parów sarnowski, wymaga zwrócenia szczególnej uwagi. Choćby za jego rzadko spotykane piękno, Kiedy minęło się urokliwy most drewniany, na szerokim o przejrzystej, zimnej wodzie strumieniu, o brzegach podobnych do rodzinnej strugi Agnieszki, porosłych gęsto w czas wiosenny niezapominajkami, wchodziło się jakby w osobny świat. Świat zamknięty z jednej strony wysokimi olchami, nad którymi, zda się, biegła kolej z Torunia do Grudziądza; z drugiej pofałdowanymi wzgórzami, pełnymi w lecie poziomek, traw, kwiatów, a późną jesienią głogu. Ileż to razy Agnieszka, wracając z nauki religii, biegała razem z innymi dziećmi po tych pagórkach! Ileż to poziomek nazbierała! Szkoda tylko, że na niektórych odcinkach droga - raczej ścieżka - w parowie była piaszczysta. Idąc tą ścieżką do kościoła, tatuś uczył Agnieszkę rozpoznawać śpiew słowika od wilgi. A ptaki śpiewały koncertowo. Agnieszka wyszeptała ku górze:

Gdybym cię ujrzeć choć mogła z daleka

i głowę przed tobą pokłonić ptaszyno maleńka,

gdybym dziś wiedziała, co jutro mnie czeka,

jaka znów w górze twoja popłynie piosenka?

Niedaleko za wejściem do parowu, u wylotu drogi z Rudy zbiegającej się ze ścieżką główną, stał wysoki Krzyż. Ogrodzony płotem z drewnianych sztachet. Majestatycznie witał zdążających do kościoła. Piękny był... A blisko przed kościołem wijąca się ścieżka pod górę; po obu jej stronach białe brzozy. Jeszcze tylko skrzypnięcie furtki i kościół. Po prawej jego stronie większa część cmentarza. Cmentarza z długą aleją obsadzoną wysokimi, przepięknymi brzozami. U wylotu tej alei, w półkolistym obramowaniu białych brzóz, Krzyż z nieciosanego dębu. Oryginalny. Z twarzą Chrystusa pełną cierpienia, ale i głębokiego spokoju, dobroci. Twarzą jak skarga bez słów..., jak miłość bez granic. Krzyż szerokimi ramionami, pełnymi boskiej miłości, obejmujący zmarłych. Wzruszający.

Kościół w Sarnowie był dla Agnieszki ostoją. W nim znajdowała ukojenie i głód serca malał. Zwłaszcza później, w latach okupacji. Będąc w Grudziądzu napisała:

Szła ulicami miasta

zimna i skulona.

Nie patrzyła przed siebie.

Świat dla niej nie istniał.

W duszę swą zapatrzona szła,

a myśli zaniosły ją hen...

Stanęła u furtki cmentarza.

Cicho zamknęła drzwi świątyni.

Wolno do białego podeszła ołtarza.

Skłoniła głowę.

Przyklękła...

Cisza kościelna dzwoniła jej w uszach.

- Głodna jestem - szepnęła.

Daj odrobinę Twojego Chleba,

Niebieskim Pokarmem

podziel się ze mną - Boże!

Krzyż na cmentarzu w Sarnowie o zachodzie słońca w 1943 roku

Ołtarz w kościele sarnowskim w 1943 roku

A więc Agnieszka została uczennicą szkoły średniej. Zanim to jednak nastąpiło przeżyła sporo niepewności, nawet lęków. Podobnie, jak przed grudziądzką szkołą powszechną. Przede wszystkim mama była przeciwna. Już wówczas była zdania, że albo wszystkie dzieci, albo... żeby było sprawiedliwie. Jej serce było pełne troski i trudno się dziwić. Gospodarstwo nie było duże - zaledwie siedem i pół hektara, w dodatku tylko dwa hektary klasy czwartej, reszta to piąta i szósta, no i łąki. Duże obciążenie stanowiła spłata długu, raczej dziesięcioprocentowych odsetek od pożyczonych pieniędzy na odbudowę spalonych zabudowań w 1924 roku. Oszczędności rodziców zjadła dewaluacja, która szalała głównie w drugiej połowie lat dwudziestych. Nic można też pominąć dokuczliwych nożyc cen, Artykuły przemysłowe - prawie wszystkie - były zazwyczaj sporo droższe od artykułów rolnych w całym okresie przedwojennym. A tu trzeba będzie opłacać nie tylko czesne, ale oprócz książek, zeszytów i innych pomocy szkolnych miesięczny bilet na pociąg itp. itp. Tatuś nie dał jednak za wygraną. Próbował mamie tłumaczyć, że Agnieszka jest dzieckiem najdrobniejszym i dobrze będzie, jeśli choć jedno z dzieci zdobędzie wykształcenie; że w przyszłości może nawet pomóc rodzeństwu. Kiedy to nie skutkowało, omawiał ten problem na łąkach z panią Marią Stanek, spotkawszy ją spieszącą do pociągu. Mama poirytowana mówiła:

- Maryna, ach ta Maryna.

A przecież ją ceniła. I ustąpiła. Okazała się potem niezwykłą matką. Wstawała o piątej rano, przygotowywała śniadanie, budziła Agnieszkę, dbała o jej ubranie, znajdowała czas na szycie mundurków, bluzek - słowem okazywała wiele serdeczności i troski. Sprawy finansowe zaczęły się jakoś układać. Pani Maria opłacała bilet kolejowy, a otrzymane przez Agnieszkę - jedno z dwóch na cały powiat (jeszcze w szkole powszechnej) - stypendium załatwiało sprawę czesnego. Wówczas trzeba je było płacić za naukę poza szkołą rejonową. Kolejne stypendium otrzymała Agnieszka po półrocznej nauce w gimnazjum. Należy się tu kilka słów jej koleżance Jadzi Ciernickiej z Łasina, platynowej ładnej blondynce. Kiedy długo nie było odpowiedzi na wysłane do Wydziału Oświaty w Toruniu dokumenty, jak: podanie, świadectwo, opinia i prośba dyrekcji gimnazjum, Jadzia wpadła na pomysł pojechania z Agnieszką do Torunia. Tak długo przekonywała urzędnika Wydziału Oświaty, aż sprawa stypendium została załatwiona od ręki.

Najgorzej było na przednówku. Czasem mama, zamiast drugiego śniadania, dawała Agnieszce pieniądze na drożdżówki. Ona jednak wolała za nie kupić zeszyty lub jakąś książkę. Bywało, że słabła na lekcjach czy przerwie. Nie przyznawała się jednak, dlaczego. Ale kiedy spotykała na ulicy, w Grudziądzu czy w pociągu, eleganckie panie, bogato ubrane (a było ich niemało, szczególnie żon oficerów i podoficerów ze słynnej Podchorążówki), myślała:

- Żeby każda z nich dała mi tylko złotówkę, tylko złotówkę.

Wiedziała przeto, że to nierealne mrzonki.

Kiedyś, a było to chyba wiosną 1938 roku, spiesząc rano do gimnazjum, zobaczyła na ulicy Piłsudskiego strajkujących robotników, którzy ogłosili głodówkę. Pamięta, były czarne flagi z trupimi czaszkami, a wychudzeni robotnicy siedzieli wznosząc, od czasu do czasu, okrzyki upominające się o pracę, o chleb. Ten widok wstrząsnął Agnieszką.

Już w pierwszej klasie gimnazjum Agnieszka udzielała korepetycji. Nie, nie zarabiała wiele. Otrzymywała małe, tygodniowe kieszonkowe, miała wspólny pokój z koleżanką, której pomagała, i wyżywienie. No i nie trzeba było opłacać pociągu. Krystyna z pierwszej gimnazjalnej była zdolna, ale niezbyt zdyscyplinowana. Jadwiga z drugiej - mniej zdolna, lecz pracowita. Rodzice Krystyny prowadzili drukarnię i wydawnictwo pism: Rzemieślnik Pomorski oraz Przyjaciel Młodzieży Terminującej, przy ulicy Groblowej. Mieli piękne, duże mieszkanie. Rodzice Jadwigi natomiast - willę przy ulicy ks. Ignacego Skorupki. Jej ojciec był budowlańcem. W czasie półrocznego pobytu u Krystyny Agnieszka poznała kilka lat starszego od siebie Henryka, syna właścicieli kamienicy. Kiedyś objął ją niespodziewanie ramieniem i pocałował. Ledwie dotknął ustami. Serce Agnieszki zabiło mocniej.

***

Nad łąkami złowrogi warkot niemieckich samolotów. Słońce - jak na ironię - lało się obficie z błękitu nieba. Taki piękny, jakże piękny dzień. Piękny? Jest pierwszy wrzesień 1939 roku. Obce samoloty wtargnęły do nas bez wypowiedzenia wojny. Agnieszka jechała rowerem do krewnych w Rudzie, aby się dowiedzieć, czy wujek Paweł z rodziną przygotowują się do ewakuacji. Tatuś ją o to prosił. Sam z mamą i starszym rodzeństwem ładowali najniezbędniejsze rzeczy na drabiniasty wóz. Ojciec Agnieszki miał jednak wątpliwości, czy ta ucieczka ma sens. Nasłuchiwał pilnie odgłosów wojny, strzelaniny, bombardowań. Przecież był tego pewien - pociski lecące hen w górze nad głowami, padają akurat w miejsca, w które zamierzał jechać z rodziną.

- Nie. nie to bez sensu. Nie, nie... Przecież to jazda w sam ogień frontowy.

Tymczasem Agnieszka dojechała do torów kolejowych w Wałdowie, w pobliże zabudowań Bronisława Pawlikowskiego. Szlaban na przejściu nie był opuszczony. Dojeżdżając do niego, spadł jej łańcuch w rowerze. W tym samym momencie usłyszała zza wysokiego żywopłotu gwizd parowozu i zobaczyła przed sobą pociąg wyładowany uciekinierami z Mniszka i Rudnika.

- Boże, o mały włos, o mały włos, a...

Bała się nawet głośno pomyśleć, czego uniknęła. Naprawiła powoli łańcuch i zawróciła do domu. Jadąc przez łąki ujrzała znowu w górze, samoloty. Jeszcze nie dowierzała, że złowrogie. W tym momencie wjechała w koleinę na drodze i spadła z rowerem. Rower był stary, na kierownicy przy uchwytach, nie miał gumowych ochraniaczy. Skaleczone kolano mocno krwawiło. Rączka kierownicy otarła się o kość. Nie mogła wstać. Tymczasem drogą nadciągali pierwsi uchodźcy z Białego Lasu. Chyba był to starszy Wiśniewski, który zostawiwszy bagaże, podbiegł do Agnieszki. Wziął ją na ręce i usadowiwszy na ramie roweru, zawiózł do rodziców. To ostatecznie przekonało ojca Agnieszki o zaniechaniu ucieczki. Mama Agnieszki obmyła szybko i zabandażowała zranione kolano. A ona kulejąc podeszła do obrazu Serca Jezusowego, który stał w pokoju, przy jej książkach.

- Ratuj nas, Panie. Spraw, byśmy nie odjeżdżali na tułaczkę i poniewierkę. Ratuj nasz dom i całą rodzinę. Ratuj! Rządź, błogosław i opiekuj się nami.

Wkrótce w okolicy rozniosła się wieść o pociągu z uciekinierami, który Agnieszka widziała na przejeździe kolejowym w Wałdowie. Pociąg dojechał do stacji Gorzuchowo i tam został zbombardowany przez samoloty niemieckie. Zginęło ponad pięćdziesiąt osób. Wśród nich ciocia Agnieszki, Waleria, z trojgiem dzieci: Eleonorą, Reginą i Longinem. Wszyscy zostali pochowani w głębokim parowie, tuż obok stacji kolejowej. Nie ma tam mogił. Miejsce ich spoczynku porosło trawą, ale i tak wszyscy wiedzą, że jest święte.

Minęło kilkanaście dni, a raczej około trzech tygodni, kiedy ojciec Agnieszki zawiózł ją do lekarza w Grudziądzu. Wcześniej było zbyt niebezpiecznie. Jechali wozem powoli trzymając się jak najbliżej pobocza drogi. Przez cały bowiem czas tej podróży szosą ciągnęły nieprzeliczone ilości czołgów, samochodów ze sprzętem wojennym, motocykli. Szło mnóstwo niemieckich żołnierzy. Najczęściej śpiewali. Widok ten niewypowiedzianie przygniatał serce Agnieszki i jej ojca. Wreszcie dotarli do lekarza, Mieszkał i przyjmował pacjentów w okolicy dworca kolejowego. Niestety, głębokiej rany kolana nie można było zszyć. Za późno, już zaczynała się zabliźniać. Udzielił tylko wskazówek dotyczących dalszego leczenia, przepisał jakiś proszek na gojenie, zalecił ograniczenie chodzenia itp. Jadąc do niego ulicą Dworcową, tuż przy stacji kolejowej, trzeba było minąć - bogaty w kolorowe kwietniki - skwer z popiersiem Józefa Piłsudskiego. Widok, który zobaczyli, zatrwożył ich. Przy tej pięknej rzeźbie z brązu, drogiej Polakom, stała warta honorowa - dwóch żołnierzy niemieckich. Paliły się znicze. Były kwiaty.

- Tatusiu, co to ma znaczyć?

Przez dłuższą chwilę Agnieszka nie otrzymała odpowiedzi.

- Jestem zaskoczony. Czyż to możliwe? Czy możliwe? Ale takie uhonorowanie... chyba dlatego, że Niemcy uważają - jak swego czasu pisano w gazetach - Józefa Piłsudskiego za pierwszego Polaka. Twierdzą, że gdyby żył, nie doszłoby do wojny. To jednakże znaczy, że zagarnęliby całe, nasze Pomorze - zwane Korytarzem - bez walki. Trudno w to uwierzyć. Może raczej chcą tym oddawaniem honorów Piłsudskiemu, pomniejszyć go w naszych oczach. Chyba w ogóle chcą pomniejszyć naszych bohaterów narodowych.

Wrzesień był wyjątkowo piękny. W całej Polsce. Nie tylko, że upalny, to jeszcze obsypujący tę okrutnie zranioną ziemię niewyobrażalną wprost grą kolorów. Już w pierwszym dniu wojny, nad pobliskim lasem, zawisła czerwono-bordowo-złocista łuna. I od zachodzącego słońca, i od pożarów wojennych. Zwiększała grozę. Słońce czerwienią zapaliło się w oknach (Takie samo sugestywne określenie spotkała Agnieszka po bardzo długich latach w Listach do Jerzego Marii Kuncewiczowej).

Kiedyś, było to chyba w ostatniej dekadzie września, Agnieszka wybrała się z siostrą Wandą do dziadków w Nowej Wsi, w okolicy Wąbrzeźna. Wszyscy u niej w domu byli niespokojni o ich los. Czy żyją? Czy czegoś im nie trzeba, czy w ogóle są w swoim domu? Czy wrócili z ucieczki szczęśliwie, jeśli się na nią zdecydowali? Agnieszka szła z siostrą pieszo jakieś siedemnaście kilometrów. Mijały lasy, drzewa przydrożne, pola... Nigdy potem nie widziały takiej bajecznie kolorowej jesieni. Takiego bogactwa i piękna ciepłych kolorów. No, może Agnieszka - kilkadziesiąt lat później, w Finlandii i Kanadzie. Ale to osobna historia.

Początki okupacji - i nie tylko początki - to ciągły niepokój, strach, lęk, głębokie stresy. Często, tu i ówdzie, słychać było strzały. Po drogach kręcili się a to żołnierze niemieccy, a to SS-mani, a to gestapowcy czy terenowa policja, zwana Selbstschutz'em (obroną własną, ochroną), z zielonymi opaskami na rękawach. Ci ostatni byli, podobnie jak gestapowcy, groźni. Ścinali przydrożne krzyże, usuwali Bożemęki, zabijali.

Hitler, w dniach od ósmego do dziesiątego września 1939 roku wydał rozkaz utworzenia na terenie Polski organizacji pod nazwą Volksdeutscher Selbstschutz. Organizacja ta podlegała policji i skupiała Volksdeutschów i mniejszość niemiecką na Pomorzu, w wieku od siedemnastu do czterdziestu pięciu lat. Głównym ich zadaniem była likwidacja polskiej inteligencji. Hitlerowcy ustalili dokładnie, kogo należy zaliczyć do tejże inteligencji, a więc mordować bez litości. Zaliczono do niej przede wszystkim: duchownych, nauczycieli - łącznie z nauczycielami szkół wyższych, lekarzy, dentystów, weterynarzy, oficerów, wyższych urzędników, wielkich kupców, właścicieli ziemskich, pisarzy, dziennikarzy, jak również wszystkie osoby z wyższym lub średnim wykształceniem3).

***

Pewnego wrześniowego popołudnia Agnieszka wyszła kulejąc, przed dom. Płakała bardzo, że przez tę paskudną wojnę nie może się uczyć. Nie może jeździć do gimnazjum. Wyszła na dwór, żeby nikt w domu nie widział, jak płacze. Nagle posłyszała odgłos dalekich strzałów.

- Chyba to z lasu, za domem Władysława Zdolińskiego, miejscowego kowala - pomyślała. - Boże, czyżby to jego...

Tuż przed wybuchem wojny, może tydzień, dwa, przyszli do niego podkuć konie dwaj młodzi synowie sąsiadów... Niemców. Przechwalali się, że niedługo będzie u nas Hitler.

- Jak mi tu włosy wyrosną - odpowiedział kowal pokazując wewnętrzną część dłoni.

To wystarczyło, żeby tego spokojnego, przyzwoitego człowieka zastrzelić!? Złe przeczucie Agnieszki nie myliło.

Po wojnie dokonano ekshumacji jego zwłok, które pochowano w zbiorowej mogile na cmentarzu w Sarnowie. W tym zbiorowym grobie spoczęli także patrioci polscy, zamordowani przez niemieckich faszystów jesienią w 1939 roku i następnie ekshumowani, z: Wałdowa, Białego Boru, Sarnowa i Robakowa. Upamiętnia ich duża tablica. Są to: Andrzej Gnap, Bolesław Góra, Jan Sierajlirski, Józef Jeliński, Anna Kaletowska, Władysław Lewandowski, Stanisław Michalski, Władysław Oskroba, Augustyn Pawlikowski, Jan Grajkowski, Stanisław Rączka, Stanisław Sarnowski, Stefan Skowron, Heliodor Skowron, Władysław Zdoliński.

Stefana i Heliodora, ojca i syna, Skowronów z Robakowa Niemcy - zaraz na początku wojny - wyprowadzili przed własny dom. Zmusili do wejścia na obornik, kazali złapać się za ręce i rozstrzelali. Za to, że przed wojną niepochlebnie wyrazili się o Niemcach. Osierocona została żona z pięciorgiem dzieci. Wielu innym z parafii sarnowskiej poświęcono zbiorową mogiłę z pamiątkową tablicą w klęczkowskim lesie. Jeszcze innym ustawiono pamiątkowy, duży obelisk na wzniesieniu przy drodze z Nowej Wsi do Wiewiórek z napisem:

KU CZCI MIESZKAŃCÓW WIEWIÓREK POMORDOWANYCH

PRZEZ ZBRODNIARZY HITLEROWSKICH W MGOWIE 3 listopada 1939r.

SPOŁECZEŃSTWO POWIATU WĄBRZESKIEGO

I obok nazwiska ofiar: Rutkowski Zdzisław, Rutkowski Mieczysław, Kuchta Rozalia, Kuchta Michał, Kuchta Stanisław, Kawcon Piotr, Kawcon Marta, Szramowski Aleksander, Waliszewski Aleksander, Omieczyński Józef, Popowicz Władysław, Popowicz Jan, Bontal Jan, Szymanek Szczepan.

Obelisk w Wiwiórkach ku czci pomordowanych Polaków przez Niemców w 1939 roku

Większy grób zbiorowy upamiętniający pomordowanych Polaków można spotkać w Łunawach, blisko Chełmna. To tylko niektóre miejsca pamięci. Pomorze, można powiedzieć, usiane jest takimi historycznymi miejscami. Przedstawia to mapa zamieszczona w publikacji Antoniego Witkowskiego Mordercy z Selbstschutzu3). Mapa ta jest jednak niepełna. Są na niej zaznaczone głównie miejsca masowych straceń. Może kiedyś historycy opiszą wszystkie miejsca pamięci ofiar hitlerowskiego terroru na Ziemi Pomorskiej i nie tylko tam. Rzadko bowiem komu z osób, których Selbstschutz miał na oku, się udało. Przeżyli jednakże dwaj bracia - o których Agnieszka wiedziała - z Błędowa: Józef i Stanisław Tryjankowscy. Długo ukrywali się w czasie okupacji w ziemiance (bunkrze) w lesie błędowskim. Wychodzili jedynie nocą. Wtedy też organizowano żywność.

Agnieszka nie zapomni, jak trzy dni po rozpoczęciu wojny ks. proboszcz Antoni Marcinkowski podczas mszy św. w Sarnowie pocieszał parafian:

- Nie płaczcie. Wasi mężowie, bracia i synowie bohaterską piersią bronią Ojczyzny. Nie traćcie nadziei na ich powrót.

Po jakimś czasie, wieczorem przyszło na plebanię kilku policjantów z Selbschutz"u. Kazali księdzu zabrać kożuch, pieniądze i łopatę. Wyprowadzili niedaleko, na pagórki sarnowskie. Musiał sam wykopać dół. Już na plebanię nie wrócił. Zginął śmiercią męczeńską od ciosów zadanych łopatą. Podobnie i wikary, ks. Józef Ryngielski. Ginęli inni księża katoliccy na Pomorzu. Wielu ich. W samej tylko diecezji chełmińskiej pozostało w grudniu 1939 roku około pięciu procent księży w porównaniu do stanu z 1 września tegoż roku. Ginęli też nauczyciele, urzędnicy państwowi i samorządowi.

Agnieszka jest pod wrażeniem lektury Antoniego Witkowskiego3) - pełnej grozy (nawet po kilkudziesięciu latach) i wstrząsających opisów zbrodni dokonywanych przez Selbstschutz z rejonu Rypina i całej Ziemi Dobrzyńskiej. Przecież te potworności działy się nieomal w sąsiedztwie Agnieszki rodzinnego powiatu grudziądzkiego. Przerażenie ogarnia, że mogły i tam na podobną skalę się wydarzyć. Nie można więc oprzeć się pokusie, by tu o pewnych faktach na podstawie wymienionej książki nie wspomnieć. Nigdzie bowiem w Kraju nie aresztowano tak wielu ludzi w pierwszym i drugim miesiącu okupacji. W samym tylko Rypińskiem w szesnastu miejscach straceń zamordowano 6 500 Polaków! Do Rypina przywożono nauczycieli, księży, uczniów, harcerzy, adwokatów, rolników. Przywożono ich także z dalszych miejscowości, jak: Brodnicy, Lipna, Wąbrzeźna, Mławy, a nawet z odległego o około osiemdziesiąt kilometrów Grudziądza. Również z Torunia. Nauczycieli zwoływano na rzekome konferencje i... aresztowano.

Hitler w przemówieniu do swoich wyższych dowódców wojskowych, już w dniu 22 sierpnia 1939 roku, poinformował aby "bez litości zabijać wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci polskiego pochodzenia i polskiej mowy". "... Tylko w ten sposób zdobędziemy przestrzeń życiową, której potrzebujemy. Polskę wyludni się i osiedli Niemcami." Według jego woli, z polskiego Pomorza - w najkrótszym czasie - miały powstać Prusy Zachodnie.

Rypin i cała Ziemia Dobrzyńska zostały włączone do Rzeszy. Wschodnią granicą tej Ziemi - położonej między Wisłą, Skrwą i Drwęcą - jest rzeka Skrwa. Jak grom z nieba spadła na mieszkańców Rypina i okolicy wiadomość, że nie mieszkają już w Polsce lecz w Reichsgau Danzig - Westpreussen. Niemcy przejęli majątki i zakłady (również mleczarskie), będące własnością Polaków i Żydów. Zamknięto urzędy i banki. Polakom odebrano motocykle, samochody, konie, radia, maszyny do pisania itp. Pozmieniano nazwy polskich miejscowości na niemieckie. Rypin zmieniono na Rippin. A przecież już w znalezionym dokumencie Bolesława Śmiałego z XI wieku nazwa miasta brzmiała: Rypin. Starorypiński gród był jednym z najważniejszych, we wczesnym polskim średniowieczu. Ziemia Rypińska położona na pagórkach kryje historię, którą Niemcy chcieli zatrzeć. Dobrze wiedzieli, iż zawsze należała do Polski. Wiedzieli też, że osiemnaście jej wczesnośredniowiecznych grodów odegrało dużą rolę w budowaniu Państwa Polskiego.

Geheime Staatspolizei - gestapo zajęło w Rypinie budynek przedwojennej polskiej policji państwowej przy ulicy Warszawskiej 20. Wkrótce dom ten nazwano "Domem Kaźni". Albert Forster, który z woli Hitlera został namiestnikiem Okręgu Gdańsk - Prusy Zachodnie, polecił rypińskiemu landratowi (staroście) Willowi, przybyłemu z Rzeszy, internować polskich przywódców i intelektualistów, a więc przede wszystkim duchownych i nauczycieli. Osadzano ich głównie w Domu Kaźni, słynnemu z nieludzkich tortur i zabijania więźniów. Zamordowanych wywożono samochodami, po dwa - trzy razy dziennie przez cały miesiąc, głównie do lasu w Skrwilnie. 20 października na przykład przywieziono około osiemdziesięciu ludzi. Kazano im kopać długie - na kilkanaście metrów i szerokie na kilka - doły. Wszystkich pozabijano. Od 25 października, po próbie ucieczki niektórych aresztowanych, przywozili już tylko zabitych. Przez dwadzieścia pięć dni naliczono siedemdziesiąt kursów po około sześćdziesiąt więźniów w jednym samochodzie, czyli 4200 osób.

W Domu Kaźni nie oszczędzono 72-letniego proboszcza i dziekana Dekanatu Rypińskiego, księdza Stanisława Gogolewskiego. Zasłużonego bardzo dla szkolnictwa polskiego. Był on prezesem Towarzystwa Szkoły Średniej. Z jego to inicjatywy reaktywowano działalność Polskiej Macierzy Szkolnej na terenie powiatu. W sierpniu 1915 roku wystąpił razem z pastorem Robertem Grundlachem do władz Pruskich o zezwolenie na otwarcie szkoły średniej z polskim językiem nauczania. Od jesieni 1915 roku zostało otwarte Progimnazjum Męskie w Rypinie z tymże językiem wykładowym. Było to wówczas wyjątkowym wydarzeniem. Ksiądz Stanisław Gogolewski, torturowany, zginął w Domu Kaźni.

Trzeba jeszcze wspomnieć choćby o więźniach: Kretkowskim Janie, Sierakowskim Stanisławie i Sierakowskiej Helenie Marii.

Kretkowski Jan, urodzony w 1870 roku, był właścicielem majątku ziemskiego w Sadłowie. Pochodził ze starej rodziny szlacheckiej, osiadłej w XIV wieku na Ziemi Dobrzyńskiej. Przodek tej rodziny, Jan z Kretów, brał udział w bitwie pod Grunwaldem w 1410 roku. Po zwycięstwie król Władysław Jagiełło mianował go starostą Olsztynka. Darował mu też Brytyjan i Kurzętnik nad Drwęcą. W latach od 1418 do 1423 roku pełnił urząd starosty rypińskiego. W październiku 1939 roku hitlerowcy wezwali potomka wyżej wspomnianego, też Jana Kretkowskiego, do młyna we wsi Michałki, rzekomo w sprawach gospodarczych. Tam go aresztowali członkowie Selbstschutz'u i następnie zamordowali w Domu Kaźni. W ciągu kilku dni hitlerowcy zamordowali także jego córkę Zofię i syna Bronisława.

Sierakowski Stanisław, urodzony w 1891 roku, właściciel majątków ziemskich w Waplewie i Osieku. Działacz polski na Warmii i Powiślu. Współtwórca Związku Polaków w Prusach Wschodnich, a z kolei w 1922 roku - Związku Polaków w Niemczech. Pierwszy prezes tego Związku, a także poseł na sejm pruski. Był również organizatorem i opiekunem szkół polskich na Powiślu. Po dojściu Hitlera do władzy opuścił z rodziną Niemcy i osiedlił się w Polsce, w swym majątku w Osieku, w powiecie rypińskim. Tam zastaje go wybuch drugiej wojny światowej. Aresztowany został 20 października 1939 roku. W kilka dni potem, okrutnie torturowanego, zamordowano w Domu Kaźni, wraz z żoną Heleną Marią i córką Gniazdowską.

Żona Stanisława Sierakowskiego, Helena Maria, urodzona w 1895 roku, z domu Lubomirska, była także działaczką polską na Warmii i Powiślu. Organizatorka szkół polskich, działająca również w Związku Polaków w Niemczech. Aresztowano ją 20 października 1939 roku i zamordowano w Domu Kaźni razem z mężem Stanisławem.

Kiedyś Niemcy kazali wyjść z piwnicy Domu Kaźni uwięzionym nauczycielkom zapewniając, że nic złego im się nie stanie. Zaraz jednak po wyjściu związano im ręce drutem kolczastym i wywieziono na miejsce stracenia. Więźniów zabitych i nie tylko wywożono również do Lasku Rusinowskiego, Lasku Księte koło Księtego, wczesnośredniowiecznego grodziska, a nawet do odległego Lasu Wąbrzeskiego. Jednak najwięcej - do Lasu Skrwilnieńskiego koło Skrwilna. Skrwilno w czasach tworzenia się państwowości polskiej było - jak stwierdzili archeologowie - słowiańskim grodem już w dziewiątym wieku, warownią prapolską.

Mieszkańcy Rypina wiedzieli niemal o wszystkim, co się w ich mieście działo. I to mimo utrzymywania przez Niemców w różny sposób tajemnicy o swoich haniebnych czynach. Wiedzieli też o tym, że w lasach walczą polscy partyzanci, chociaż nikt ich nie widział. Partyzanci wykoleili na przykład pociąg na trasie Sierpc - Rypin. Trasie biegnącej przez pobliskie lasy. Kiedyś przewrócono czternaście wagonów towarowych, w których przewożono żywność na front. Po tej akcji polskich partyzantów gestapo aresztowało dwadzieścia osób w okolicy Szczutowa. Z kolei partyzanci w rewanżu podpalili niemiecki majątek w Kowalkach. Rozbroili też posterunek niemieckiej żandarmerii. Za tę działalność partyzancką gmina Skrwilno została - w czterdziestą rocznicę wybuchu wojny - odznaczona Krzyżem Partyzanckim.

***

Zaczęła się ponad pięcioletnia ciemna noc okupacji. Tak właśnie wydawał się Agnieszce ten okres - jako ciemna noc. Przez wiele miesięcy kładziono się spać w ubraniu. Bywało bowiem, że i bardzo późną porą wpadali Niemcy każąc opuszczać dom. Mieszkańców wywożono w niewiadomym kierunku. Dotychczasowe ich domy i gospodarstwa zajmowali Niemcy, głównie tak zwani Balten-Deutsche, przesiedleni z południowo - wschodniej Europy. Rodziców Agnieszki to jednak ominęło. Niemcy przychodzili, oglądali, pytali o ziemię: ile jej, jakiej klasy itp. I chociaż zabudowania im się podobały, to ziemia... nie. Szukali lepszej, bardziej urodzajnej. I tak przykładowo: Rozalia i Jan Biernatowscy z Robakowa, powiat Chełmno, byli wraz z dziećmi Danutą i Józefem wysiedleni przez Niemców ze swego gospodarstwa rolnego w Robakowie do Józefkowa w powiecie wąbrzeskim, do Niemca Heyger"a. Byli tam bardzo źle opłacanymi robotnikami rolnymi. Ich dzieci, Danuta i Józef, po ukończeniu czternastego roku życia (od tego roku był obowiązek zatrudniania dla Polaków) zostali wysłani do przymusowej pracy w Zakładzie Mleczarskim u Niemca Gerharda Grügata w Stolnie, powiat Chełmno. Józef, mając zaledwie czternaście lat, był zmuszony do ciężkiej, różnorakiej pracy, jak: dźwiganie - przy pomocy innego małoletniego - czterdziestolitrowych konwi z mlekiem, noszenia skrzyń z masłem o wadze siedemdziesięciu pięciu kilogramów, mycia dużej powierzchni podłóg, ścian, basenów serowych, chłodni itp. Pracę tę musiał rozpoczynać o czwartej rano, a kończył najczęściej po piętnastu godzinach. Zdarzało się też, że musiał po godzinach pracy wyładowywać wagony z węglem dla mleczarni. Inni małoletni byli zmuszani do fizycznych prac w lesie itp. To spotkało również siostrę Agnieszki - Zosię, a także przez jakiś czas Kingę.

W Białym Lesie nie było spokoju. Zaczęły się przykre rewizje. Szukano broni, pamiątek wojskowych, polskich książek, ciepłej odzieży. Znalezione książki wyrzucano na podwórze i palono. Tak zrobiono z niektórymi dokumentami sołecko-wójtowskimi i książkami ojca Agnieszki, których nie zdążył ukryć. Szkolne książki i zeszyty Agnieszki na szczęście ocalały. Już w pierwszych dniach wojny uprosiła brata Jerzego, aby zakopał je - łącznie z drewnianą, ciemną szafką - na łąkach, głęboko pod jednym z drzew. Chyba okazałą olchą. Z nich to Agnieszka - po odzyskaniu wolności - przygotowywała się do zajęć lekcyjnych z dziećmi w miejscowej szkole powszechnej. Na prośbę mieszkańców została w niej bowiem nauczycielką kontraktową. Ale o tym później.

Wkrótce po wkroczeniu Niemców na naszą Ziemię Pomorską zabrano Polakom konie, kożuchy (jeśli ktoś posiadał) lub ciepłe płaszcze zimowe. Rodzicom Agnieszki zabrano konia, a ojcu kożuch kupiony tuż przed wojną, którym się bardzo cieszył. Także broń, na którą miał od władz polskich pozwolenie.

Na frontonie domu wisiała biało-czerwona tablica z piastowskim Orłem w koronie i napisem:

SOŁECTWO I WÓJTOSTWO

BIAŁY LAS

Już kilka dni po zajęciu Pomorza przez Niemców przyszedł do ojca Agnieszki nowy sołtys - Bürgermeister, Paul Stener z dwoma SS-manami. Nakazali zdjąć w ich obecności tę tablicę.

- Tego zrobić nie mogę. Władze polskie mi ją zawiesiły i tylko one mogą ją zdjąć - usłyszeli.

Niemcy zaklęli brzydko i sami zdjęli.

Innym razem - było to może po kilku miesiącach - przyszedł znowu tenże Bürgermeister (znany, miejscowy mieszkaniec) z dwoma innymi SS-manami.

- Słyszeliśmy o panu dobre wieści, Nie prześladował pan przed wojną tutejszej mniejszości niemieckiej, nie dokuczał, Słowem, był pan ludzki. Chcielibyśmy to panu wynagrodzić. Proponujemy Volkslistę drugiej grupy (o niej później).

Ojciec Agnieszki zatrwożył się. Milczał chwilę.

- Panowie, to jest niemożliwe. Sami powiedzieliście przed chwilą, że byłem ludzki. Dlatego więc, zwyczajnie jako człowiek, nie mogłem źle postępować wobec drugiego człowieka, każdego człowieka. Ale jestem Polakiem. Nim chcę pozostać. Nigdy przecież nie zrozumiem - jak może, na przykład, koń zamienić się nagle w krowę.

- Das werden Sie noch bedauern. Pożałuje pan jeszcze tego - wykrzyknął jeden z SS-manów.

Trzasnęli drzwiami. Wyszli. Wtedy blady strach padł na całą rodzinę. Spodziewano się wywiezienia do obozu koncentracyjnego, lub - w najlepszym przypadku - wysiedlenia gdzieś w nieznane strony. Ale to nie następowało. Rodzina Agnieszki dowiedziała się później, że obronił ją przed tym właśnie ów aktualny Bürgermeister.

- To dobrze świadczy o Franciszku Groszkowskim, to znaczy, że jest - jak wam mówiłem - rzetelnym człowiekiem. Musimy jego stanowisko zrozumieć.

Sołtys Paul Stener opowiadał przedtem władzom niemieckim, jak to Franciszek Groszkowski, polski sołtys w Białym Lesie, w czasie swego urzędowania pisał dwustronnie tak zwane okólniki. Okólniki powiadamiające czy to o terminie zbierania podatków, czy o zebraniu mieszkańców, czy to o powszechnych, obowiązkowych szczepieniach, itp. Pisane one były z jednej strony po polsku, z drugiej natomiast po niemiecku. Kiedyś z tego powodu Franciszek Groszkowski miał nieprzyjemności w starostwie w Grudziądzu. Ktoś o tym doniósł.

- Panie Starosto, wśród mniejszości niemieckiej w Białym Lesie jest sporo starszych osób. Mówią, że język polski jest bardzo trudny i nie mogą się go nauczyć. Nie mam czasu, aby pójść do nich osobiście i tłumaczyć, o co chodzi. Mam przecież gospodarstwo i liczną rodzinę.

Niebawem, kiedy zdawało się, iż najgorsza nawałnica minęła, od ust do ust przekazywano złowieszczą wiadomość.

- Niemcy wywożą młodzież, szczególnie gimnazjalną, w głąb Niemiec na roboty.

Wtedy Agnieszkę ukryła przez pierwsze miesiące okupacji pani Maria w Warlubiu, powiat Świecie, gdzie wówczas mieszkała. Ta sama, która dopomogła jej w przyjęciu do szkoły grudziądzkiej. Pani Maria pochodziła z mieszanego małżeństwa; ojciec był Niemcem, matka Polką z Ostrowskich, z Jegliszewa koło Golubia-Dobrzynia. Pochodzenie ojca panią Marię ochraniało. Agnieszka przebywała w Warlubiu prawie pół roku. Chcąc wykorzystać czas uczyła się języka niemieckiego, trochę pomagała pani Marii w pracach domowych i bardzo tęskniła za domem, rodzicami, rodzeństwem. Za szkołą, za tym by móc się uczyć, znowu uczyć. Wiedziała, że to jest niemożliwe. Jednak, mimo wszystko, modliła się prosząc:

- Daj, bym dużo dobrego się nauczyła. Spraw, bym dużo dobrego w życiu zrobić mogła.

Wówczas - bywało - ogarniała ją jakaś ufność, wiara, że przecież to kiedyś nastąpi. Uciekała w świat marzeń. Pisała:

Wiem, że życie bajką czasem być może,

Takie ciche, czarowne jak sen przezłoty,

Jak pierwsze powstającego słońca zorze

Pełne nadziei, pragnień i ochoty.

***

Jesienią 1940 roku ojciec Agnieszki dowiedział się przypadkowo, że Niemiec August Kutscher, obecny właściciel sklepu spożywczego i restauracji w Wałdowie, poszukuje do pracy młodej Polki, znającej choć trochę język niemiecki. Herr August zajął ów sklep i restaurację, jak również spore gospodarstwo rolne po wysiedlonym przez Niemców Polaku, Augustynie Pawlikowskim. Niemiec Kutscher przybył z Prus Wschodnich z żoną Emmą, dwojgiem dzieci: kilkuletnią Elzą, dwuletnim Rudim oraz matką Augustą. Zabudowania były solidne, murowane. Pomieszczenia duże. Szczególnie sklep i restauracja, a także rozległy strych, służący częściowo jako magazyn na zapasowe towary.

Agnieszka, po otrzymaniu z domu tej wiadomości, wróciła do rodzinnej wsi. Wkrótce August Kutscher załatwił niezbędne formalności w Arbeitsamt'cie, to jest Urzędzie Pracy, w Grudziądzu i Agnieszka rozpoczęła pracę. Pracowała w jego firmie codziennie od godziny siódmej rano do późnego wieczora. W lecie dopóki było jasno na dworze. Obowiązki miała różne: sprzątanie lokali, mycie okien i podłóg, noszenie ze strychu oraz piwnicy towarów dla ich uzupełnienia w sklepie. Zimą dodatkowo palenie w piecu - żeleźniaku itp. Po krótkim czasie pomagała nawet w obsługiwaniu klientów, szczególnie nie znających języka niemieckiego. Mówienie po polsku w sklepie było formalnie zakazane, kiedy jednak Agnieszka usłyszała:

- Panienko, proszę mówić do mnie po polsku, bo inaczej nie rozumiem - bez wahania spełniała tę prośbę.

Spełniała też inne prośby. Większość towarów była na kartki żywnościowe. Niemcy mieli większe przydziały, w dodatku pewne artykuły były dla nich bez kartek. Na przykład budyń dla dzieci, specjalna mąka tortowa "Gustin", alkohol, papierosy, tytoń "Solali" itp. Sprzedawanie Polakom tych artykułów było zabronione. Któregoś dnia przyszła do sklepu żona byłego zawiadowcy stacji kolejowej, pani Malińska.

- Mąż jest bardzo chory, temperatura, kaszel. Chciałabym prosić o ćwiartkę wódki jako lekarstwo dla niego.

Inna klientka prosiła o budyń dla dzieci, jeszcze inna o... Agnieszka brała wówczas od nich kartki żywnościowe na obowiązkowy przydział - na przykład mąki, szła na strych i tam po odważeniu dozwolonej ilości, wkładała do środka a to ćwiartkę wódki, a to "Gustin" lub budyń, czy jeszcze coś innego. Bała się bardzo. Gdyby została przyłapana... strach pomyśleć. Groziło by jej nie tylko wyrzucenie z pracy, ale z pewnością wysłanie do obozu, Jednak ryzykowała. Ryzykowała też kupując, podobne lub jeszcze inne towary, mianowicie trochę żółtego sera dla 90-letniej staruszki Wiechowskiej, mieszkającej we wsi pod lasem, z córką Joanną. Córka Joanna miała gołębie serce, ale była chora. Twierdziła uparcie, że w brzuchu rośnie jej trawa. Agnieszka zanosiła im od czasu do czasu trochę produktów, trochę żywności. Żal było patrzeć na ich nędzę. Wróciwszy do domu sięgnęła po pióro. Zanotowała:

Staruszka leżała na biednym posłaniu

Ze skronią pomarszczoną, w ciemnej izdebce.

Mała i biedna jak w życia zaraniu

W swej pierwszej wiośnianej, dziecięcej kolebce.

Tam życie wschodziło, tu gasło...

Przez zabrudzone okienko małe

światło gdzieś padło

I u wezgłowia staruszki zmęczone przysiadło...

Kiedy staruszka zmarła, po Joannę przyszli Niemcy z karabinem. Wyprowadzili do lasu. Nikt więcej jej nic widział.

Agnieszka odwiedziła też kiedyś - późną jesienią - biedną rodzinę D. w drugim końcu wsi. Ojca zabrano przymusowo do wojska niemieckiego (o tym później), matka poszła po chrust na opał do lasu, a kilkoro dzieci zastało same w domu. Te najmłodsze siedziały na wpół ubrane w łóżku w słomie. Były głodne i zziębnięte. Wtedy Agnieszka przyrzekła sobie, że nie założy rodziny, dopóki nie zdobędzie zawodu.

Było ciężko. Był to jedyny sklep w okolicy, klientów przeważnie sporo, a czasami bardzo dużo. Odpocząć nie było można. Nawet w czasie, zazwyczaj krótkiej, przerwy obiadowej. Wtedy - często w pośpiechu - trzeba było albo sprzątać, albo nosić brakujące towary do sklepu. Niekiedy grzać piwo szefowi, zwłaszcza zimą. Lubił je bardzo z rozbitym żółtkiem oraz cukrem i dodatkiem kakao. Jeśli wypił go zbyt dużo, Agnieszka się bała. Pewnego dnia w południe niosła z piwnicy po schodach duży karton z proszkami do prania. Zobaczył to pan Franciszek Nowotnik, Polak z Józefkowa koło Płużnicy, w powiecie wąbrzeskim. Wysiedlony ze swojego gospodarstwa i przymusowo zatrudniony jako robotnik rolny u Herr Augusta.

- Ja ci pomogę Agnieszko, to przecież za ciężkie dla ciebie.

Został za to bardzo skrzyczany przez szefa.

- Twoje miejsce, Franz, jest gdzie indziej. Żebym tego więcej nie widział - krzyczał.

Zabronił mu na przyszłość pomagać Agnieszce.

Wynagrodzenie za pracę było marne. Otrzymywała piętnaście marek miesięcznie i więcej jak skromne wyżywienie. Na śniadanie - niemal codziennie - chleb z marmoladą z brukwi, na obiad najczęściej kaszę pęczak na gęsto, słabo, albo wcale nie okraszoną. Agnieszka, po wojnie, przez długie lata nie mogła na nią patrzeć, nie mogła jeść takiej kaszy.

W sklepie od jakiegoś czasu pracowała też kuzynka Agnieszki, Nisia. Wysoka, o dużych ciemnych oczach, pięknie wykrojonych ustach i ładnych zębach. Była podobna do Elżbiety Barszczewskjej ze Znachora. Chyba jeszcze ładniejsza. Była zdolna, pracowita i nieco ostrożniejsza od Agnieszki. Przed wojną ukończyła drugą gimnazjalną w Grudziądzu. Była nie tylko jej kuzynką, ale i przyjaciółką. Któregoś dnia jadły obie śniadanie - jak zwykle - w dużej kuchni od strony podwórza. Mały, dwuletni Rudi siedział z dala po przeciwnej stronie na nocniku. Obok stała jego babcia, nazywana przez wszystkich Ohmą. Była to spokojna, starsza kobieta, małomówna. W pewnym momencie, na prośbę dziecka, dała mu do zabawy stojący w kącie sztandar. Polski sztandar Powstańców i Wojaków, ufundowany tuż przed wojną. Agnieszka nie pamięta przez kogo; nie pamięta także nazwiska założyciela tej organizacji. Na jednej stronie sztandaru był wyhaftowany piękny, biały Orzeł w koronie oraz napis "Bóg, Honor i Ojczyzna". Na drugiej Matka Boska Częstochowska z napisem "Królowo Polski módl się za nami". Mały Rudi zszedł z nocnika i gołą pupą siadł na sztandarze. Agnieszka zerwała się ze stołka. Ze łzami w oczach krzyknęła:

- To nasza świętość! Nasza świętość! - i odebrała chłopcu sztandar.

Zwinęła go szybko i pobiegła płacząc do ogrodu. Ogród był jakby zaczarowany. Wydawał się ogromny, pełen wiosną pachnących, półdzikich bzów. Jeśli obie z Nisią miały choć chwilę czasu, spędzały ją w nim. Szukały zapomnienia w czasie niewoli, upajały się zapachem kolorowych kwiatów, wtulały w nie twarze, całowały. Zapach bzów... Jakże go określić? - cudownie piękny, oszałamiający, niepowtarzalny.

Agnieszka biegła więc ze sztandarem przez ten ogród, aż do przeciwległego płotu przy drodze. W rogu ogrodzenia była dziura. Przełożyła przez nią sztandar, przysypała piaskiem, przykryła drobnymi gałęziami i wolno już wróciła do sklepu. Była pewna, że Ohma powie o tym synowi. Tak się też stało. Za dwa dni przyjechali gestapowcy. Było ich dwóch. Herr August kazał Agnieszce przygotować piwo i przynieść na zaplecze. Drżała ze strachu.

- Fräulein, co zrobiłaś z tym polskim sztandarem? - zapytał jeden z nich.

- Spaliłam.

- Spaliłaś? Gdzie?

- Na łąkach wracając po pracy do domu - skłamała.

- Jeśli to nieprawda, jeśli go gdzieś w okolicy znajdziemy - czy wiesz co cię czeka?

Agnieszka milczała. Nogi się pod nią ugięły.

- Ja jej wierzę, panowie - niespodziewanie i ku jej zdumieniu wtrącił Herr Kutscher - Jest na tyle roztropna, że wie czym grozi przechowywanie polskich sztandarów, choć jest zwariowaną Polką. Ale pracuje bardzo dobrze.

- Dlaczego on to zrobił? Dlaczego? - głowiła się Agnieszka. - Chyba dlatego jedynie, że jestem mu potrzebna do pracy w sklepie, do kontaktów z polskimi klientami, Ani on, ani jego żona, ani Ohma nie znają języka polskiego.

A prawda ze sztandarem była inna. Po południu, w dniu tego zdarzenia, przyszła po zakupy sąsiadka Herr Augusta, pani Borykowska (imienia Agnieszka nie pamięta). Lubiła Agnieszkę i starała się u niej kupować. W sklepie było pustawo. Agnieszka opowiedziała jej o sztandarze.

- Jak będziesz wracała z pracy, postaram się przechodzić obok miejsca, gdzie go ukryłaś. Zabiorę sztandar i schowam.

Wieczorem w pobliżu nie było nikogo. Pani Borykowska ukryła go pod dużym fartuchem, ręce położyła na brzuchu i poszła wzdłuż płotu, po zewnętrznej stronie ogrodu, do domu. Było już prawie ciemno. W chlewiku dla prosiąt wykopała spory dół, przyświecając sobie lampą naftową. W nim ułożyła - owinięty uprzednio w jakiś stary koc - sztandar. Zasypała ziemią. Tak przechował się kilka tygodni. Do czasu, kiedy Niemcy z psami owczarkami rozpoczęli w okolicy różne przeszukiwania. Nikt nie wiedział, czego szukają. Wtedy - jak po latach przyznała się Agnieszce - zlękła się. Odkopała ów sztandar i... faktycznie, z bólem serca, spaliła.

Święto Niepodległości - 11 Listopada, przeżywało się w tym zniewolonym okresie bardzo boleśnie. Było to drugiego roku okupacji. Agnieszka spieszyła przez łąki do pracy. A powinna do szkoły, na radosną, świąteczną uroczystość. Słońce świeciło słabo, jeszcze lekki szron otulał jesienne trawy. Żal ściskał serce. Wyjęła z kieszeni kawałek papieru. Musiała zapisać.

Gdzieś w dali - zda się - biją dziś dzwony.

Głos ich po świecie daleko rozbrzmiewa,

jęczy i płacze żałośnie i Ciebie woła.

Potem staje się cichszy, głuchy, rozmodlony,

jak rozmodlone, senne, przydrożne drzewa

stojące jak okiem sięgnąć - dookoła.

Ojczyzno gdzie jesteś?

Czy ty nie słyszysz milionów wołania?

Czy jesteś od nas tak bardzo daleka?

Czy może zamknięta gdzieś w głuchym więzieniu?

Czy Ci żałoba oczy czernią zasłania,

że nie widzisz jak lud Twój Cię pragnie,

jak na Cię czeka

pełen gorącej tęsknoty i łez w osamotnieniu?

Ojczyzno, gdzie jesteś!

Herr August nie włączał się zbytnio do interesu sklepowego. Jednak, kiedy coś poszło nie tak, był groźny. Kiedyś, w czasie zimowego, mroźnego wieczoru, szefowa kaza-a Agnieszce przed zakończeniem pracy sprawdzić i ewentualnie domknąć korki przy kadzi z syropem. Kadź stała w pomieszczeniu przeznaczonym na drugą restaurację. W jednym z okien szyba była pęknięta. Agnieszka domknęła korki na ile mogła, ile miała sił. Wydawało się, że dobrze. Następnego dnia rano wszedł tam Herr Kutscher. Cały syrop, zmarznięty na kość, leżał na podłodze. Mróz w nocy wysadził korki. Herr August wściekł się.

- Weźmiesz za karę łyżkę stołową i nią zbierzesz syrop z podłogi.

Agnieszka się rozpłakała. Ręce marzły nieludzko. Szef tymczasem wziął dubeltówkę i raz po raz - przed oknami tego nieszczęsnego pomieszczenia - strzelał.

Swego czasu Agnieszkę i Nisię zaciekawił na strychu murowany komin. Przechodziły obok niego często idąc do pokoju, z którego uczyniono magazyn. Wokoło komina wystawał murek o szerokości mniej więcej sześćdziesięciu centymetrów. Do niego, z przodu, przystawiona była drabina.

- Musimy tam wejść, choćby z ciekawości - powiedziała Agnieszka.

Weszły. Zobaczyły pełno starych śmieci. Już chciały schodzić, kiedy coś jakby błysnęło. Agnieszka się nachyliła. Żal i ból ścisnął serce. W smieciach leżała... niklowa figura Chrystusa. Ta sama z Krzyża w parowie. Piękna i... smutna. A wyraz twarzy taki łagodny. Ze czcią ją podniosła. Przytuliła.

- Jak mogli, jak mogli - powtarzała. - Musimy uprzątnąć to miejsce.

Tak zrobiły. Starannie położyły Świętą Figurę z powrotem. Pod głowę podsunęły znalezioną w śmieciach deseczkę. Kończyła się przerwa obiadowa.

- Postaramy się o jakieś kwiaty i będziemy tu przychodzić.

Przychodziły. Przynosiły świeże kwiaty, usuwały stare. Kiedyś zobaczyła je, jak z kwiatami wchodziły na strych, Ohma. Wkrótce Agnieszka usłyszała z drugiego pokoju na strychu, niedaleko komina (drzwi były uchylone, czego wcześniej nie zauważyła) głos szefa:

- Komm hier, Mädel. Chodź tutaj, dziewczyno.

Poszła. Hen Kutscher leżał na metalowym łóżku odpoczywając, niby przypadkowo. Ku zdziwieniu Agnieszki był spokojny. Stanęła w progu.

- Warum machst Du das? Das ist doch ein Jude. Dlaczego to robisz? To jest przecież Żyd.

- Vor allem Gottes Sohn. Przede wszystkim Syn Boży - odpowiedziała bez wahania.

I kwiaty przynosiły nadal.

***

Czasami przychodził do sklepu Paul Herman. Przybysz z Reichu, z głębokich - jak mówiono - Niemiec. Z jakiego regionu nie wiedziano. Był postrachem okolicy. Wysoki, barczysty. Głowa prawie bez szyi, osadzona na niskim karku. Twarz najczęściej czerwona. Pił dużo i jeździł motocyklem.

Mieszkał w plebanii, w Sarnowie. Zajął całą. Przechowywał także klucze od kościoła. Przy sobie nosił stale długi pejcz, zakończony gumowymi kulkami. Bił nim często. Jadąc motorem, spotkawszy kogoś z Polaków, przystawał.

- Dlaczego nie usłyszałem pozdrowienia?

- Powiedziałem panu Gutten Morgen.

Zaklął.

- Co to za pozdrowienie! Mówi się Heil Hitler.

I było bicie. Następnym razem, ktoś ze strachu powiedział "Heil Hitler".

- Co ja usłyszałem? Ty taki, owaki nie jesteś godzien wymawiać imienia Führera.

Było bicie.

W czasie, kiedy kobiety żniwowały na polu, bywało, zatrzymywał motor i szedł do nich. Niektóre uciekały. Inne pracowały nadal.

- Donnerwetter! Do pioruna! - zaklął. - Co za porządki - krzyczał. - Nie umiecie pozdrowić jak należy? Nic nie słyszałem.

Nie mógł słyszeć jadąc na motorze! Bił, gdzie popadło.

Do kościoła w Sarnowie, parafianie chodzili przez piękny, długi parów, o którym tu już wspomniano. Niekiedy Herman zakradał się za krzewami lub drzewami, za każdym razem w innym miejscu, wypadał znienacka i bił pejczem. Za to, że idą do kościoła. Chodzili więc okrężną drogą, za młynem, nad stawami, nadrabiając jakieś półtora kilometra. Na początku okupacji, jak opowiadano ukradkiem, Herman napadał z kilkoma innymi mężczyznami (chyba z miejscowego Selbstschutz'u). Napadali zwykle w pobliżu kościoła, bijąc spieszących do niego kijami, pałkami itp.

Msza święta odbywała się co drugi tydzień. Z Chełmna przyjeżdżał ksiądz Alojzy Arendt. Zmuszony był prosić o klucze do kościoła. Nie zawsze je otrzymywał. Agnieszka pamięta, jak swego czasu stała dwie godziny z księdzem Alojzym oraz gromadką wiernych pod dużym kasztanem na cmentarzu, czekając na zmiłowanie Hermana. Padał ulewny deszcz. Nikt nie odchodził do domu. W końcu kościół otworzono. Czasem, w czasie odprawiania mszy świętej, Herman przychodził do kościoła w towarzystwie innych Niemców. Wchodzili na chór. Byli uzbrojeni. Stali butnie, w czapkach nawet w czasie Podniesienia. Ministrant szeptał o tym księdzu Alojzemu. On jednak dalej, spokojnie odprawiał mszę świętą. Kazania i spowiedź w języku polskim były zakazane już od dłuższego czasu. Mimo to księża słuchali spowiedzi w języku, jaki kto umiał. Ale ksiądz Stanisław Wojak przypłacił to obozem koncentracyjnym. Stamtąd nie powrócił nigdy. Ksiądz Arendt też nie przestrzegał tych zakazów, narażając życie. Bywało, że Herman niespodzianie wtargnął do kościoła z pejczem, w czasie mszy świętej. Wtedy ksiądz Alojzy natychmiast zmieniał jej odprawianie w języku polskim na język niemiecki.

O szkole dla polskich dzieci (nawet w języku niemieckim), polskich gazetach, książkach, słuchaniu radia z zagranicy nawet marzyć nie było można. W miastach, w publicznych miejscach, straszyły napisy:

- "Hier wird nur Deutsch gesprochen". Tu mówi się tylko po niemiecku.

Bardziej jeszcze przygnębiał, wręcz przerażał, inny napis:

- "Alle Juden und Polen müssen ausgerotten werden." Wszyscy Żydzi i Polacy muszą być wyniszczeni.

A kat ludności Pomorza, Gauleiter (wojewoda) Albert Forster, w czasie swego przemówienia w Grudziądzu w dniu 22 października 1939 roku oświadczył między innymi:

- "Polacy muszą być stąd czym prędzej usunięci". (jak podała Deutsche Rundschau z 23.10 1939r.)

Natomiast, w dniu 25 października 1941 roku Danziger Vorposten drukuje artykuł Forstera, w którym również pisze: "Po dziesięciu latach na Pomorzu mogą żyć tylko Niemcy. Język polski musi zostać całkowicie wytępiony." (powyższe informacje przeczytano 23.06.1947r. w Głosie Pomorza).

Za głośne mówienie po polsku, za tajne nauczanie, za czarny rynek ogłoszono srogie kary. Do kary śmierci włącznie. A jednak w 1940 roku powstała na Pomorzu Gdańskim Tajna Organizacja Wojskowa "Gryf Kaszubski". Prowadziła ona działalność sabotażową. Od 1942 do 1945 roku działała konspiracyjnie jako "Gryf Pomorski", kierując również walką partyzancką4). Działalność sabotażową prowadził także Związek Odwetu na Pomorzu5), będący w kontakcie z Poznańskim Związkiem Odwetu, kierowanym przez dr med. Henryka Witkowskiego, wielkiego społecznika i patriotę, zwanego popularnie "Witaszkiem". Podobnie jak w Poznańskiem oraz wielu innych miejscowościach, nieomal na terenie całego kraju, prowadzono akcje sabotażowe, w ramach których - między innymi - podpalano młyny. I tak 13 maja 1941 roku spalił się wielki młyn w powiecie toruńskim Leibitscher Mühle. Straty były poważne. Zaś 14 maja tegoż roku wybuchł pożar w Toruńskich Zakładach Młynarskich Leopolda Richtera. Spłonął tam silos z dwoma tysiącami ton zboża i młyn do produkcji kaszy. W powiecie toruńskim płonęły dalsze młyny. Na południu Prus Wschodnich spłonęło osiem wielkich młynów. W sumie była to wielka akcja palenia młynów przeprowadzona konspiracyjnie przez polski ruch oporu.

Na ulicach miast i miasteczek Niemców było pełno. I to zarówno żołnierzy, jak i SS-manów. Także gestapowców. Uważać trzeba było na każdym kroku.

Mimo tego zastraszenia, mimo zakazów, Agnieszka przez pewien czas na początku okupacji uczyła języka polskiego okoliczne dzieci. Przychodziły rzekomo na lekcje religii. Uczyła bowiem posługując się katechizmem. Nie trwało to jednak długo. Herr Bürgermeister wezwał ojca Agnieszki na rozmowę.

- To się musi natychmiast skończyć. Jest młoda i głupia. Tym razem daruję.

Któregoś dnia do sklepu Augusta Kutschera przyjechał znowu Paul Herman. Był - jak zazwyczaj - wstawiony. Wszedł za ladę. Stanął obok Agnieszki. Klientów było dużo. Jak zwykle odpowiadała im po polsku. W pewnym momencie zrobił się czerwony ze złości.

- Wer bist Du? Kto Ty jesteś? - krzyczał podnosząc pejcz wysoko.

- Immer eine Polin. Zawsze Polką. - odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy.

Zdawało się, że lada moment, a uderzy. Agnieszka wytrzymała, nie spuszczała głowy. Nie uderzył.

Niekiedy trafiały się przecież i milsze momenty. Na początku jednej z tych okupacyjnych wiosen dostała od sympatycznego klienta bukiecik świeżych konwalii. Wzruszona ich delikatnym pięknem, napisała na skrawku papieru pakunkowego:

Dostałam dziś pierwsze konwalie białe

i chciwie wdycham ich czarowną woń.

Za oknem - zielone pola całe,

a przedziwna jasność rozpogadza moją skroń.

Wiosna.

Jak słodko pieści ten wyraz uszy,

jaką radością serce napełnia,

jak wspaniale gra w zakątkach duszy

i jaką lekkością barw me myśli ogarnia.

Wiosna!

Zimy, przez wszystkie lata wojny, były wyjątkowo srogie. Zwykle minusowe temperatury - ponad dwadzieścia stopni Celsjusza. Najczęściej minus dwadzieścia kilka, a bywało - dochodziły do minus trzydziestu. Odpowiedniego ubrania nie było. Mama uszyła Agnieszce z jakiegoś możliwego koca ni to sukienkę, ni to płaszcz. W nim Agnieszka i pracowała i miała na wyjścia. Jakże wypatrywała choćby nieznacznego ocieplenia. Żyła ciągłą nadzieją.

- Jutro, jutro może będzie lepiej. Może będzie mniejszy mróz, może zelży. Nie będzie tak skrzypiał pod nogami.

Często były też spore śniegi. Pewnego zimowego wieczoru Agnieszka wracała dość późno z pracy. Szła wysoko wałem nad strugą. Zbliżała się do łąk. Księżyc majestatycznie wędrował po niebie. Rzucał długie cienie po iskrzącym, lecz miękkim śniegu. Wokoło morze bieli. Nieskazitelnej bieli. Przystanęła. Za chwilę musi przeskoczyć strugę. Woda cicho szemrała, na wpół przykryta pulchnym śniegiem. Agnieszka rozejrzała się wokoło.

- Jakież to piękno. Urzekające piękno.

Z nieba spadają płateczki białe,

jak dobre wróżki lecą na ziemię.

Na świat rzucają szaty wspaniałe.

Niech słodko ziemia pod nimi drzemie...

A myśli lecą za płateczkami,

szybko jak one każą się gonić.

Zima dużymi idzie krokami,

przed zimnem jej trzeba się chronić.

Kominy, ulice, dachy i domy

śnieg sobą cichutko pokryje

i każdą chatkę, każdy mostek zgubiony

w skrzydła aniołów spowije...

Śnieg. Nie skąpił siebie. Kiedyś, na początku zimy, niespodziewany, puszysty obficie zasypał pola dalekie, lasy, drogi. Przykrył brudy ziemi...

Agnieszka niekiedy wspomina, jak w czasie młodzieńczych - właściwie jeszcze dziecięcych - lat lubiła chodzić z tatusiem na Pasterki. Po Wigilii w domu, po podzieleniu się białym opłatkiem z rodziną (koń i krowy otrzymywały różowy albo niebieski) szli przez otulone grubo puszystym śniegiem, piękne, rodzinne okolice, kilka kilometrów do Sarnowa. Tu i ówdzie, bliżej i dalej pod lasem przykucnięte chaty i większe domy z błyskającymi światełkami choinek w oknach. I ta cisza wokoło... Święta cisza z rozgwieżdżonym niebem.

Czasami w zimowy, niedzielny ranek, kiedy w Sarnowie w czasie okupacji nie było mszy świętej, szła Agnieszka z rodzeństwem do kościoła w Pilewicach, w dawnej gminie Piaski. Droga prowadziła przez las, w kierunku wschodnim. Była to właściwie aleja, wysadzona po jednej stronie wysokimi, białymi brzozami, po drugiej zadumanymi świerkami otulonymi grubo śniegiem. Pobliskie, inne świerki uginały się z lekka także pod jego ciężarem. Istna bajka. Osobliwy czar. Oczu nie można było oderwać. Zwykle jednak było bardzo mroźno. W tym czasie modne były "gazówki" - pończochy cienkie jak mgiełka. Tłumaczenia mamy, że można odmrozić nogi, można się zaziębić - nie pomagały. Po powrocie z Pilewic tatuś przyglądał się nogom, przyglądał fioletowo-bordowym na nich plamom.

- Nie powiem, nawet ładne kolory, nie powiem...

Na wsiach każdy polski dom, każde polskie gospodarstwo miało przydzielonego Treuhänder'a, to jest powiernika, dozorcę. W miastach również każde piętro czy parter domu miał swego anioła stróża. Zbyt głośno po polsku w domu lepiej nie było rozmawiać. Nad rodzicami Agnieszki czuwał Herr Lomke, sąsiad jeszcze sprzed wojny. Jego syn Ryszard uratował Agnieszkę, het przed okupacją, kiedy miała sześć lat. Pewnego zimowego dnia wyszli razem na bliski, zamarznięty staw, na ślizgawkę. W pewnym momencie lód się załamał i Agnieszka znalazła się pod nim. Ryszard był większy i starszy. Bez namysłu wszedł do wody i ją wyciągnął. To, że ojciec Ryszarda był Treuhänder'em rodziców Agnieszki, można uważać za szczęście. Herr Lomke przymykał niekiedy oczy a to na ilość mleka z kolejnego udoju, a to na ilość mąki do wypieku chleba a to na ilość jaj znoszonych przez własne kury. Polscy gospodarze, którym udało się pozostać na swoich włościach, byli na nich de facto bezpłatnymi robotnikami. Gross produktów zabierali Niemcy.

Od czasu do czasu, w niedzielne popołudnie młodzież spotykała się w umówionym, polskim domu. Wtedy trzeba było mieć się na baczności. Toteż Romek, brat Agnieszki, stawał na czatach. Krążył wokół domu, chodził wolno drogami obserwując, czy w pobliżu jest bezpiecznie. Nie szkodziło także uważać na spacerach do Spaleńca, uroczego jeziora w rodzinnym lesie. Chociaż - co było pewną zagadką - tam Niemców prawie się nie spotykało.

Spaleniec. Jak głosi legenda - w dawnych, bardzo dawnych czasach stał na jego miejscu kościół. Kiedy się spalił - zapadł głęboko w ziemię, aż wytrysnęła woda tworząc okrągłe, leśne jezioro z nenufarami, pachnącym tatarakiem na obrzeżach i białymi brzozami na jednym z brzegów. Podobno o północy pierwszego dnia Świąt Wielkanocnych można jeszcze usłyszeć głos dzwonów, wydobywający się z jego głębin.

Spaleniec. Urocze schronisko, odskocznia zapomnienia w tych ponurych czasach. Szło się do niego - zazwyczaj w niedzielne popołudnie - drogą leśną, mijając wiosną niebieskie przylaszczki, białe zawilce i konwalie. Czasem można było ujrzeć małego jelonka lub urokliwą sarenkę. Po czterdziestu minutach od wyjścia z domu pojawiało się - niemalże nagle - przed stopami, leżące nieco niżej, bajecznie piękne jezioro. Osobny, zda się ukryty przed złem, świat. Czasem Agnieszka, Kinga i Roman zabierali ze sobą bałałajkę, mandolinę i organki. Rozlegało się wtedy granie. Tęskne granie za wolnością, prawdziwym życiem i... prawdziwą, niezalęknioną młodością. A echo niosło to granie hen... w zasłuchaną, leśną dal.

Spaleniec, wg obrazu Cz. Olearskiej

Na te niedzielne spotkania przyjeżdżał też Janek z Torunia. Nie tylko kuzyn, ale i serdeczny przyjaciel. Agnieszka lubiła z nim rozmawiać, zwłaszcza na tematy religijne. Pewnej niedzieli zobaczyła go zatopionego, przed ołtarzem, w modlitwie.

- To przyszły kapłan - przemknęło jej przez myśl.

Tak się też po latach stało. Rozmowy z Jankiem były pomocne później, w rozmaitych życiowych sytuacjach. Kiedyś, po wielu długich latach, syn Agnieszki Krzysztof, myślący i dociekliwy młodzieniec, zapytał:

- Czy jeśli katolik przestaje praktykować, to przestaje być chrześcijaninem?

- A czy idąc ścieżką na szerokim gościńcu, zboczy się z niej w pewnym momencie - to przestaje się iść gościńcem?

***

Wiosną 1942 roku, Gauleiter Albert Forster z Gdańska ogłosił obowiązek nadania dowodu osobistego każdemu mieszkańcowi zajętych przez Niemców terenów. Było to sprytnie pomyślane. Przy jednym ogniu pieczono dwie pieczenie. Po pierwsze dzielono Polaków - o czym za chwilę. Po drugie dążono do zasilania armii niemieckiej Polakami, wywodzącymi się od pokoleń z Pomorza. Niemcy tracili bowiem na froncie rosyjskim coraz więcej żołnierzy, również z powodu silnych tam mrozów. Był to zamiar raczej nie nagłaśniany. Z początku całą akcję traktowano jako spis ludności. W określonym dniu należało zgłosić się do niemieckiego, miejscowego urzędu gminnego w Piaskach. Obowiązek ten mieli wszyscy, którzy ukończyli osiemnasty rok życia. Agnieszkę dotyczyło to również. Nie poszła.

- Wo ist heute Deine Stelle? Gdzie jest dzisiaj Twoje miejsce? - zapytał Herr August. - Wo soIlst Du heute sein? Gdzie powinnaś być dzisiaj?

- Bei der Arbeit. Przy pracy - odpowiedziała.

- Bei der Arbeit?! - zdenerwował się bardzo.

Przez cały dzień Agnieszka była mocno niespokojna. W uszach brzmiały jej usłyszane rano słowa brata Jerzego.

- Wy odzyskacie wolność. Ja marnie zginę.

Dzień wcześniej umówił się z nią, że nigdzie nie pójdą. Na jej zdziwienie następnego dnia rano, powiedział tylko jedno słowo.

- Mama.

Prosiła go, podobnie jak i ojca, aby nie narażali siebie i całej rodziny.

- Już i tak mają cię na oku - mówiła do męża. - Naraziłeś się kilka razy. Tym razem nie ominą ani ciebie, ani rodziny prześladowania z ich strony. Niechybnie obóz. A Lonia i Stefka jeszcze małe... Polek też.

Poszedł więc z ciężkim sercem.

Dowody osobiste były podzielone na kilka grup. W marcu 1941 roku na terenach włączonych do Rzeszy Niemcy ogłosili utworzenie "Niemieckiej Listy Narodowej" (Volkslisty)6). Według niej ów podział obejmował:

1. Osoby narodowości niemieckiej występujące czynnie na rzecz niemczyzny za czasów polskich.

2. Niemców zachowujących się biernie do Rzeszy.

3. Ludność niemiecką, która się rozpłynęła w narodzie polskim, a więc współmałżonków osób narodowości niemieckiej. Mazurzy i Kaszubi - byli traktowani jako osobna narodowość. (W praktyce zaliczano tu również tubylczą ludność polską.)

4. Jednostki spolonizowane.

Kwalifikacja przez Niemców osób do grupy trzeciej to nieporozumienie! Byli to przecież Polacy mieszkający, można rzec od zawsze, na Pomorzu, na terenie dawnego zaboru pruskiego. Niemcy nazwali ich eingedeutsch (zniemczeni). Zniemczeni? Kiedy? Gdzie? Większość z nich, poza starszymi osobami, pamiętającymi czasy zaboru pruskiego, nie znała w ogóle języka niemieckiego. Nie prowadzono żadnej akcji ich zniemczania itp. Przodkowie w rodzinie Agnieszki od wielu pokoleń wstecz nosili takie polskie nazwiska jak: Makowski, Groszewski, Urbanowski, Pozorski, Niedzielski, Tomaszewski, Borcanowski, Krasiński, Bączkowski, Groszkowski, Zakrzewski, Grabowski, a także później: Długoński, Biernatowski, Kalkowski... i inni. Jak to? To miałaby być według trzeciej grupy wymienionej listy, nadawanej z reguły ludności tubylczej, ludność niemiecka, która rozpłynęła się w narodzie polskim?...! Polacy rozpłynęli się w narodzie polskim?! A grupa czwarta "Jednostki spolonizowane"? Takie jednostki to na Pomorzu raczej rzadkość. Na ten temat najprawdopodobniej nie przeprowadzono żadnych badań. Czyżby więc tym podejściem Niemcy próbowali znacznie pomniejszyć faktyczną liczbę Polaków na terenie tak zwanego Korytarza, czyli na Pomorzu?!

Trzeba podkreślić, iż w praktycznym nadawaniu dowodów osobistych zauważono - w stosunku do ich wyżej wymienionego podziału - pewne odstępstwa. A mianowicie: Niemcy mieszkający na Pomorzu sprzed drugiej wojny światowej otrzymali dowody osobiste II grupy; Polacy mieszkający od zawsze na Pomorzu, na terenie dawnego zaboru pruskiego - III grupy. W przypadku ludności objętej trzecią grupą badano pochodzenie od trzech pokoleń wstecz. Niemcy mieli najprawdopodobniej przygotowane na tę okoliczność odpowiednie dokumenty z Urzędu Stanu Cywilnego. Natomiast Polacy, którzy przybyli na teren Pomorza po pierwszej wojnie światowej, otrzymali dowody tożsamości, tak zwane Kennkarty. Ich synów nie wcielano do wojska niemieckiego, ani później tych Polaków z reguły nie wywożono na roboty do Rosji.

Przy odbieraniu dowodu należało złożyć swój podpis. Ojciec Agnieszki przeczuwał, co się za tym kryje. Wahał się, kluczył.

- Co to znaczy panie Groszkowski? - pokazali dokumenty. - Rodzice pana urodzili się i mieszkali na Pomorzu w czasie zaboru pruskiego wtedy a wtedy... Rodzice rodziców obojga stron, czyli dziadkowie wtedy a wtedy... Pradziadkowie wtedy a wtedy... Zgadza się, czy chce pan zaprzeczyć? Nie zaprzecza pan? Więc niech pan potwierdzi.

Nie mógł zaprzeczyć. Ze złamanym sercem, z poczuciem, że został pokonany wracał do domu.

- Jerzy, co będzie z Jerzym, najstarszym synem?

Agnieszka otrzymała dowód zaocznie. Nigdy tego dowodu nie wzięła do ręki. Nigdy z niego nie korzystała. Jak dotąd - żyła bez niego. Jakoś się udawało. Ale Jerzy musiał włożyć wrogi mundur. Przeżywał to bardzo. Przeżywała cała rodzina.

- Obiecuję ci - mówił do Agnieszki - pożytku ze mnie nie będą mieli. Przy pierwszej okazji ucieknę do Rusków.

Agnieszka płakała. Nie trwało długo, jak trafił do karnej kompanii gdzieś w Jugosławii. Podobno kpił i żartował z przełożonych, omijał - gdzie się dało - wydawane polecenia itp. Pewną próbkę zachowania Jerzego miała rodzina okazję zobaczyć w pierwszych dniach wojny. Któregoś wieczoru przyszedł do ich domu czternastoletni Günther Stener, syn Bürgermeistra. Ubrany już w mundur Hitler Jugend stanął na progu kuchni i głośno zawołał "Heil Hitler!". Jerzy siedział przy oknie. Wstał, wyprężył się nienaturalnie i nic nie odpowiadając zamachnął prawą ręką aż za plecy. Günther już więcej ze swoim pozdrowieniem nie wyskoczył.

Jerzy, jak wspomniano, przebywał dłuższy czas w Jugosławii, gdzie walczono z miejscową partyzantką, ukrywającą się w górach. W końcu - po wkroczeniu tam armii sowieckiej - uciekł do Sowietów czy też wzięto go do niewoli. Jak było naprawdę, nie wiadomo. Mama Agnieszki, świadoma, że poświęcił się dla rodziny, myślała o nim stale.

Synku mój!

Już tyle czasu jak Ciebie tu nie ma,

ja ni na chwilę zapomnieć nie mogę,

każdy dzień wieści na gorsze zamienia,

w ciemniejszą, niepewną prowadzi nas drogę.

Synku Ty mój!

Codziennie z rana, codziennie wieczorem

o Twój szczęśliwy powrót szepczę pacierze,

myślami stęsknionego serca Cię gonię

i kiedy smutek mnie całą w swoje ręce bierze,

kiedy lękam się i drżę o przyszłość Twoją, o los Twój,

wtedy gorzkie łzy matki długo w noc za Tobą ronię

i płaczę po Tobie.

Synku Ty mój!

Jak cień nieodostępny chodzisz za mną wszędzie,

Twa twarz przedroga, Twe oczy dobre, kochane.

Czasem patrzysz tak długo na mnie,

tak smutne rzucasz spojrzenia.

Chcesz rozweselić me serce rozłąką złamane

i zupełnie jak kiedyś -

uśmiechniesz się czasem.

Kiedy ten uśmiech radosny będzie?

Zdaje się, głos Twój wciąż woła: Mamo!

Synku! Serce moje tęsknota za Tobą rozrywa,

łzy matki na każde wspomnienie z oczu wyciska.

Często zrywam się w nocy z posłania

i kiedy prawie rozpaczy żem bliska,

zda się, przy łóżku mym stoisz

i słyszę Twoje gorące wołania...

Choć wojna Cię od nas przemocą odrywa,

chcesz mnie pocieszyć żeś dzielny,

że się nie lękasz, niczego nie boisz.

A kiedy oczy otworzę przestraszone,

zamiast Ciebie - pustkę widzę ciemną

i próżnię bezdenną, głuchą...

I sny moje przez nią skradzione!

Może Ty czekasz wieści ode mnie?

Może Ci źle?

Możeś głodny, zziębnięty, niewyspany?

Może tęsknisz za domem? Za rodzinną ziemią?

I duch Twój smutkiem stroskany?

Może Ci trzeba mojej pomocy,

może sam jeden idziesz na bój?

Ach, gdybym przy Tobie być mogła...

Synku Ty mój!

Serce Cię moje błogosławi dzisiaj:

Niech Bóg przedobry ma Cię w Swej opiece.

Bo ja już czuwać nad Tobą nie mogę.

I niech, kiedy iść będziesz dalece,

światło nadziei

na powrotną rzuci Cię drogę!

Wróć nam do domu, - odezwij się do nas.

Nie milcz już dłużej!

Bo woła Ciebie matczyna tęsknota,

woła miłości jej zdrój,

woła serce, które w bólu się miota,

wołają łzy moje...

I głos ten usłyszeć musisz.

Synku Ty mój!

Pewnego pięknego czerwcowego dnia 1943 roku Agnieszka wracała nieco wcześniej do domu. Szła wolno ścieżką między strugą, a polem wdychając zapach nagrzanego słońcem zboża. Nikogo więcej nie było. Jasne, błękitne niebo w górze, szum strugi pracowicie, jak zawsze, płynącej do młyna pani Corradini w Rudzie, a po prawej ręce wysokie zboże. Nie musiała ukrywać łez. Generał Władysław Sikorski był jej i ojca i... tylu, tylu Polaków nadzieją. Chyba jedyną nadzieją. Często szeptano w ukryciu:

- Słoneczko wyżej, Sikorski bliżej.

A teraz nie żyje. Zginął w katastrofie lotniczej nad Giblartarem. Nie żyje..., a wokół słońca pełno.

- Nic ono nie rozumie? Tak zabrać, tak wyrwać ludziom nadzieję?!

***

Wieczorami - bywało - przychodzili do ojca Agnieszki sąsiedzi. Przychodzili w pojedynkę. A to pan Michał Rutowski, a to Wojciech Mierwa, a to Teodor Fryt. Pewnego wieczoru przyszli razem.

- Co to będzie, panie Groszkowski? Hitler zajmuje kolejne kraje Europy, jest już prawie wszędzie. Front wschodni przesuwa się coraz bardziej w kierunku Moskwy.

Ojciec Agnieszki zamyślił się. Nic nie odpowiedział. Po chwili wstał i wolnym krokiem poszedł do komórki. Stamtąd przyniósł kawałek gumy z dętki rowerowej. Stanął przed sąsiadami. Dalej nic nie mówiąc wolno naciągał gumę obiema rękami. Naciągał, naciągał... pękła od środka.

- Tak będzie - powiedział.

Agnieszka coraz bardziej przeżywała koszmar wojny. Tęskniła za bratem. Jego kolegów z sąsiedztwa też zabrano do wojska. Chodziły słuchy, że w którejś z okolicznych, dalszych wiosek syn uciekł rodzicom do lasu, aby uchronić się przed przymusowym wcieleniem do wrogiego wojska. Rozstrzelano całą rodzinę.

- Czy było to prawdą? A może sami Niemcy rozsiewali dla postrachu podobne informacje?

- Kiedy się skończy ta okupacyjna niedola? Kiedy?

Budziła się w nocy. Jeśli długo nie mogła zasnąć, wstawała wpatrując się w okno. Podziwiała księżyc nad lasem. Czasem był srebrzyście zimny, a czasem ogromny jakby rozpalony, czerwono - złocisty.

Cisza, ciemno, noc.

Olbrzymi księżyc wypłynął znad lasu

i tajemniczy smutek sieje wokoło.

Srebrem swej szaty przykuwa oczy

i wielbić się każe.

I zapominam o wszystkim...

Nie wiem czy mogę stać długo i patrzeć,

nie wiem czy starczy czasu,

by śmiało do ciebie piękności

podnieść swe czoło

i by tam inne, przyjazne zobaczyć twarze

Kiedy indziej, żeby zdławić rozpacz, powtarzała sobie:

Nie trzeba tęsknić ani śnić,

nie trzeba śmierci wołać do nas,

nie sztuka tchórzyć, sztuka żyć.

Śmierć sama do nas przyjdzie.

Bóg każe dalej w życie iść

i pomoc swą temu daje,

kto wierny życiu pragnie żyć.

Niekiedy wracała myślą do początków okupacji. Jakże chwytano się wtedy każdej nadziei, każdego pocieszenia.

- Tylko patrzeć jak zjawią się tu angielskie i francuskie samoloty. Przecież z tymi krajami Polska zawarła obustronny pakt przyjaźni - powtarzał ojciec Agnieszki.

Mijały długie, pełne wyczekiwania dni. Samoloty nie przyleciały. Wtedy Agnieszka uczepiła się myśli, którą - można rzec - zamęczała ojca.

- Wiesz, tatusiu, żeby tak tu kiedyś, po wojnie, powstała Zjednoczona Europa. Na wzór Stanów Zjednoczonych. No może niezupełnie na ich wzór. W Europie mamy różnorodność języków, kultur, ale mimo to... w jakimś stopniu jednak na wzór Ameryki. Skończyłyby się napaści jednego kraju na drugi. Skończyłyby się wojny. I ta okrutna nienawiść.

Jej sercem targały niepokoje. Tak duże, jak swego czasu silny, majowy wiatr drzewami. Zaskoczył Agnieszkę idącą przez wieś.

Dokąd tak pędzisz wichrze szalony,

czemu tak jęczysz żałośnie?

Czemu krzyk rzucasz na świata strony,

czemu nie śpiewasz o wiośnie?!

Czemu zawodzisz tak dziwnie bez echa,

czemu rozrywasz niebieskie błękity?

O spokój błaga Cię stara strzecha,

bo słabe są jej szczyty!

Wiatr jednak chmury przegania

i pędzi w dal nieginącą.

Rozrywa szafir nieba - i niebo zasłania,

a mnie zostawia samą - za Polską tęskniącą!...

***

Praca w firmie Augusta Kutschera dawała się Agnieszce coraz bardziej we znaki. Stawała się apatyczna, źle jadła, z każdym dniem traciła apetyt, mało rozmawiała. Gasł jej uśmiech, nawet do polskich klientów. Zachorowała. Przeleżała w domu trzy tygodnie.

- Trzeba zmienić pracę, otoczenie - radzono.

Tego zdania był nawet niemiecki lekarz.

- Ale jak to zrobić? Jak?

Wtedy z pomocą przyszedł pan Paweł Pawski z Grudziądza. Elegancki, wykształcony pan. Przed wojną ukończył studia w Wyższej Szkole Handlowej w Poznaniu. Wkrótce potem został głównym księgowym w firmie Herzfeld & Victorius w Grudziądzu. Niemcy zatrzymali go na tym stanowisku, jako że dobrze znał wszystkie zawiłości firmy. Jak bardzo był im potrzebny niech świadczy fakt (o którym opowiadano), iż postarali się o zwolnienie go z obozu koncentracyjnego w Stutthofie, dokąd został po wkroczeniu hitlerowców do Grudziądza wywieziony. Pan Pawski po rozmowie z Agnieszką zgłosił do Arbeitsamtu (Niemieckiego Urzędu Pracy) za pośrednictwem kierownictwa firmy zapotrzebowanie na siłę (pomoc) biurową. Udało się. Pomógł już wielu Polakom, w różny sposób. Także finansowo.

Agnieszka pracowała tam od jesieni 1943 roku do końca wojny. Wynajmowała u znajomych mały pokój przy ulicy Solnej. Wolne godziny po pracy spędzała najczęściej sama. Otwierała zeszyt z wierszami.

Tak szaro - tak smutno na świecie,

smutniej jak w inne dni...

Oczekiwany głos dzwonów nie leci,

ani radosnej wieści nie niesie.

Po ziemi rozsiewa perliste łzy.

Wolności nie ma jeszcze!...

Nie cieszy nas żadna radość.

Myśli błądzą we wspomnieniach sprzed lat,

pukają do serc sprzed lat,

by ujrzeć tam promień jaśniejszy.

Chodzą od chat... do chat

- ale tam ciemno.

Wolności nie ma jeszcze!...

W Grudziądzu dowiedziała się o dzieciach wywiezionych przez Niemców z Zamościa. Wagony towarowe stały z tymi dziećmi na stacji kolejowej. Widok był wstrząsający.

Słyszałam o dzieciach małych opowiadanie,

które rączyny w górę uniosły

i proszące zanosząc do ludzi błaganie:

"Kupcie nas", "Chleba nie mamy" - wołały.

Jak z każdą chwilą prośby tych małych rosły,

że zimno im - płakały...

Agnieszka była poruszona do głębi. Budziła się w nocy. Na próżno próbowała zasnąć.

Płacz dzieci znów słychać tęskliwy,

co matki więcej nie mają.

Te jęki do mnie w nocy przychodzą

- i żebrzą litości!

Czasem cichną zupełnie,

a czasem rozpaczliwie łkają.

Drugiego styczniowego dnia 1945 roku przyjechała do Agnieszki zupełnie niespodziewanie Kinga. Agnieszka bardzo kochała tę siostrę. Za jej serce, talent muzyczny, a nawet za urodę. Przyjechała bardzo zdenerwowana. Doniesiono na nią do gestapo. A było to tak. Od 25 grudnia 1944 roku do 1 stycznia 1945 roku było pięć dni świątecznych. Pięć wolnych - łącznie z niedzielami - dni od pracy. Kinga była zatrudniona w miejscowej leśniczówce jako pokojówka oraz opiekunka dwójki małych dzieci niemieckiego leśniczego Ewalda Zielke. Wstawała około godziny czwartej i dzień po dniu spieszyła sama - jesienią i zimą - przez ciemny las do pracy. Wracała późnym wieczorem. Z tych pięciu świątecznych dni Kinga prosiła żonę leśniczego Hildegardę o choćby jeden wolny dzień. Nie zgodziła się. Miała umówione gościnne wizyty w pobliskich majątkach ziemskich. Jej mąż był na froncie wschodnim. W domu była jeszcze w pełni sił babcia dzieci. Kinga poprosiła więc ją, aby choć w Nowy Rok mogła pozostać w domu. Chciała trochę odpocząć, a także spotkać się z rodziną i narzeczonym. Niedawno bowiem zaręczyła się z Zygmuntem, 27-letnim, przystojnym blondynem. Jakaż to była piękna para. Byli zaręczeni mimo, iż oficjalnie Polakom nie wolno było zakładać rodziny. Chodziło o biologiczne wyniszczenie polskiego narodu, szczególnie na terenach tak zwanego Korytarza. Mama - w obawie o bezpieczeństwo Kingi - prosiła, aby nie nosiła obrączki, przynajmniej do pracy. Prosiła również, aby nie rozmawiała głośno po polsku.

- Mamo, jestem Polką i tylko tak będę rozmawiała. To mój język ojczysty. Jestem w swoim Kraju. Nie podoba się im? Po co tu przyszli!

Nie chciała się też uczyć języka niemieckiego mimo, iż Agnieszka jej tłumaczyła:

- Narażasz się, a lepiej uważać. Spróbuj poznać język niemiecki choć trochę. Przecież dobrze jest znać język wroga. Ja uczę się z samouczka, czasem tatuś mi pomaga; chociaż prawdą jest, że podstawy tego języka zdobyłam w gimnazjum przed wojną.

Nie pomogło. Kinga mówiła po polsku. Nie uważała zbytnio nawet, kiedy do leśniczówki przyjeżdżali zaprzyjaźnieni gestapowcy. A teraz jeszcze te zaręczyny i to z Polakiem posiadającym, oprócz polskiego, obywatelstwo amerykańskie. Zygmunt urodził się bowiem w Ameryce, dokąd po pierwszej wojnie światowej wyjechali jego rodzice. To wszystko posłużyło żonie leśniczego do oskarżenia Kingi przed gestapowcami. Ale naprawdę była to równocześnie zemsta, że bez jej pozwolenia zostawiła dzieci pod opieką babci.

Przyjechawszy do Agnieszki Kinga prosiła, aby pójść z nią do niemieckiego urzędu pracy i dowiedzieć się, czy naprawdę Polakom nie przysługuje żaden świąteczny, wolny od pracy dzień w ciągu całego roku.

- To przecież niemożliwe - łudziła się.

Agnieszka, pełna obaw, ale i trochę nadziei, poszła z siostrą do Arbeitsamtu. Urzędniczka podniosła głos.

- Czy nie wiecie, że Polacy są tylko do roboty? Że mają pracować i słuchać Niemców, a nie świętować?!

Załamana Kinga wróciła do domu. Miejscowa policja już na nią czekała. Nie pozwolono jej niczego zabrać i zawieziono do gestapo w Grudziądzu. Była sroga zima. Agnieszka starała się odwiedzić Kingę w areszcie. Nie pozwolono na widzenie. Uprosiła tylko, aby siostrze oddano przybory do mycia, grzebień, ciepły szal i trochę wędliny. Wędliny nie przyjęto.

- Co robić? Co robić? Jak ją ratować?

Agnieszka nie miała spokoju. Podobnie i rodzice. Poprosiła pana Pawła Pawskiego, aby pomógł napisać podanie do gestapo, wyjaśniające, że siostra nie uczyniła nic złego. Napisał. Agnieszka, mimo strachu, poszła z tym pismem do budynku Geheime Polizei, czyli tajnej policji, zwykle omijanego z daleka. Mieścił się przy ulicy zwanej potocznie Polizeistrasse, prowadzącej do grudziądzkiej fabryki wyrobów gumowych, nazywanej Gumówką.

- Gestapowiec, do którego masz się zgłosić, ma czarną bródkę i ma w Grudziądzu opinię mniej srogiego od innych - informował Agnieszkę pan Pawski.

Portier po wylegitymowaniu (miała zaświadczenie z miejsca pracy) i dokładnym skontrolowaniu torebki podał odpowiedni numer pokoju. Nacisnął jakiś guzik. Otworzyły się automatycznie duże drzwi i Agnieszka znalazła się w długim korytarzu. Panował tam półmrok. Z lamp na ścianach, w kształcie trupich czaszek, sączyło się blade światło. Strach zmroził plecy Agnieszki, ścisnął gardło. Szukała wskazanego pokoju. Po chwili gestapowiec skrupulatnie czytał podane mu pismo.

- Tak, twoja siostra jest u nas, w areszcie. Przesłuchiwaliśmy ją. Musi jednak ponieść karę.

Zobaczywszy łzy w oczach Agnieszki, dodał:

- Pozostanie tu kilka tygodni. Będzie pomagała w kuchni, obierała ziemniaki, sprzątała.

- Czy to tylko uspokojenie? Czy można mu wierzyć?

Jakże chciało się wierzyć... Jak bardzo chciała wierzyć.

Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Front wschodni się załamał. Wprawdzie Niemcy wołali jeszcze: "Der Sieg wird unser sein! Zwycięstwo będzie nasze!", ale z terenów Rosji wycofywali się coraz szybciej. Wszystkie ważniejsze urzędy w Grudziądzu zaczęto ewakuować. Także tajnej policji. Aresztantów wywożono nie wiadomo dokąd. Po niedługim czasie Agnieszka spotkała Bronka Stopińskiego z Białego Lasu. Mówił, że widział na peronie w Grudziądzu jak policja z psami owczarkami prowadziła więźniów do pociągu, mającego odjechać w kierunku Bydgoszczy. Wśród aresztantów zobaczył Kingę. Z duszy przerażonej Agnieszki wyrwała się modlitwa:

Z więzień uwolnij ich Panie!

Z lagrów wyprowadź ich Panie!

Skróć czas pokuty.

Z wojny przyprowadź ich Panie!

I Kraj cierpieniem osnuty

niech zmartwychwstanie!

***

Klęskę pod Stalingradem ojciec Agnieszki uważał za wyraźny początek końca hitleryzmu.

- Tak naprawdę - mówił - tym początkiem było już uderzenie Niemców na Związek Radziecki w czerwcu 1941 roku.

Nadszedł dzień 26 stycznia 1945 roku. Kilka dni przedtem uciekający żołnierze niemieccy zatrzymywali się w napotkanych domach. Zatrzymywali na krótki czas. Doprowadzali siebie w pośpiechu do porządku. Myli, golili i... namawiali do ewakuacji.

- Wy Polacy myślicie, że będziecie u Rosjan bezpieczni. Mylicie się. Nie czeka was nic dobrego.

Polacy jednak pozostawali na miejscu. Czekali na jak najszybsze opuszczenie przez Niemców ich Kraju.

Późną nocą, raczej po północy - około drugiej, kiedy wszyscy spali - głośne, natarczywe łomotanie u drzwi i okien postawiło całą rodzinę na nogi. Ojciec Agnieszki otworzył drzwi. Kilkudziesięciu żołnierzy radzieckich, a może i więcej, wpadło do domu. Byli zziębnięci i głodni. Nic nie mówili, chcieli tylko jednego - spać. W ciągu paru sekund leżeli pokotem wszędzie: w sieni, kuchni, na podłogach w pokojach... wszędzie. Zatrwożeni domownicy, pełni niepokoju, już do rana się nie położyli. Mama myślała, co zrobić im na śniadanie.

- Czy starczy chleba? Nie ma mowy, nie starczy.

Ale oni nie jedli go dużo. Kazali ugotować ziemniaki i następnie usmażyć razem z mielonką z konserw. Zajadali to z apetytem, przygryzając chlebem, popijając czajem i setką czystej. Chleb i konserwy mieli swoje. Także wódkę.

Drugiego lub trzeciego dnia jeden z oficerów radzieckich nakazał mieszkańcom wsi zebrać się w szkole.

- Musicie mieć sołtysa. Wieś nie może być bez sołtysa.

Wybrano jednomyślnie ojca Agnieszki, choć się wzbraniał.

- Mam już sześćdziesiąt pięć lat, siły nie te.

Nie pomogło.

- Jak to, nie chcesz nowej władzy pomóc?

Wkrótce część z tych żołnierzy odeszła na front, a znacznie mniejsza pozostała. Jeden z nich grał wieczorami na mandolinie tęskniąc, jak mówił, za swoją Syberią. Był tam nauczycielem. Inny, 17-letni Misza, lubił dowcipkować.

- Mamasza, ja zdzies' ostanus' - mówił. - Mama, ja u was zostanę.

Ale zaraz dodawał:

- Niet, nie mogu. Ty znajesz, sam ociec Stalin by po mienia pryjechał. Nie, nie mogę, Ty wiesz, sam ojciec Stalin by po mnie przyjechał.

Czasem brał małą Stefcię na kolana i kiedy huk wystrzałów z katiuszy pod lasem wstrząsał domem, gładził ją po głowie mówiąc:

- Stefeczka, ty nie bojsja, ja sam drżu. Stefeczka, ty się nie bój, ja sam drżę.

Minęło kilka dni od wkroczenia wojsk sowieckich do Białego Lasu. Do domu rodziców Agnieszki przyszedł młody L. z Małego Rudnika z karabinem na ramieniu i biało-czerwoną opaską na rękawie. Zabrał Agnieszkę nie mówiąc rodzicom dokąd i dlaczego. Nie odpowiedział też jej na pytanie:

- Dokąd mnie pan prowadzi?

Przez całą drogę nie odezwał się żadnym słowem i ani raz też na nią nie spojrzał.

- Czyżby się wstydził tego, co robi?

Szli przez las, właściwie front. Po obu stronach drogi było pełno żołnierzy sowieckich; jedni w pozycji leżącej, inni przykucnięci, a jeszcze inni - stojący przy katiuszach. Ostrzeliwano stąd Grudziądz.

Dziwne, ale Agnieszka jakoś się nie bała. Przecież kiedy L. przychodził do sklepu Kutschera w Wałdowie, sprzedawała mu pokryjomu papierosy. Nie pamięta, aby odchodził z kwitkiem.

Minęli tę linię frontu, aż dziw bez problemu. Niedaleko, już za lasem, stała podłużna chata kryta strzechą. Weszli.

- Czy ty jesteś Polką? - zapytał po rosyjsku ciemny, szczupły oficer sowiecki.

Oczy Agnieszki rozszerzyły się ze zdumienia.

- Zawsze. Od urodzenia. Z dziada, pradziada - wykrztusiła.

- Jak to udowodnisz? Mam ci, ot tak, uwierzyć?

Agnieszka zorientowała się, że rozumie po polsku. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Podobno był po niedawnej przeprowadzce, to jest zamianie kwater. Jeszcze coś układał, poprawiał. W izbie za ścianą (było tam wielu żołnierzy) ktoś bardzo mocno i prawie nieustannie kasłał.

- Co mam powiedzieć? Jak go przekonać? - myśli Agnieszki biegały jak szalone.

- Tęskniąc za Polską, przez całą okupację niemiecką pisałam pamiętnik, również wiersze - rzekła po krótkim namyśle.

- Pamiętasz jakieś? Powiedz mi je. Choćby jeden.

Agnieszka mówiła po chwili:

Rozkołysały się dzwony z niedalekiego kościoła

- rozkołysały...

Że kiedyś wolność była nasza, przypominają mi,

że serca nasze Ojczyznę wolną miały,

że ludzie nie byli tak okrutni i źli!

Rozkołysały się dzwony z niedalekiego kościoła

- rozkołysały...

Że kiedyś Ona przy nas była, śpiewąją dziś mi,

że ręce Jej drogie nas tuliły i obejmowały,

że z oczu nie płynęły sieroce, gorzkie łzy...

Rozkołysały się dzwony z niedalekiego kościoła

- rozkołysały...

Że po świecie nie byliśmy rozproszeni, opowiadają mi,

Że myśli znękane się nie błąkały

że uśmiech do życia radości rzucał skry!

Rozkołysały się dzwony z niedalekiego kościoła

- rozkołysały...

Kiedy się skończy niewola nasza, kiedy skończą łzy?

Kiedy serca nasze Ojczyznę wolną będą miały?

Choć je tak proszę...

Powiedzieć nie chcą mi...

Gdy skończyła, szukając w myślach następnego, podał jej kartkę i ołówek.

- Napisz coś tutaj, teraz. Może być o mnie.

A więc jeszcze jej nie dowierzał. Strwożona napisała kilka zwrotek. Kazał jej przeczytać.

W maleńkiej izbie światło blade mruga

i cichuteńko na twarze pada,

myśl leci jedna, myśl leci druga

i w słowa się szybkie układa.

A na dnie duszy

smutek swe sieci zawija

i trwożne stawia pytania: Co będzie?

Czy zobaczę dom mój raz jeszcze?

Czy ręka niczyja

bólu nowego nie zada? I czy wszędzie

i zawsze na świecie tak trudno żyć?

Czy silna natury wola

pozwoli dalej snuć marzenia?

I tęsknić i śnić?

I czy już zawsze tak smutna

będzie ziemi dola?

Cicho. Za oknem tylko głosy słychać nowe.

To wojna mówi.

Wojna rozpętana złymi rękoma.

Lękiem rwą się myśli, choć silne i zdrowe,

rwie się nić życia tak słaba, znikoma.

Słyszałam o Rosji już dawno przed laty -

o olbrzymich obszarach ziemi dalekiej,

że piosenek tam

najpiękniejsze na świecie kwiaty

i muzyki smętnej, serdecznej i lekkiej.

I zda się, że dalekie pola sybirskie

okryte śniegiem - bliższe się stają,

że zabłądziły tu melodie rosyjskie

i swą rzewnością za serce chwytają.

Spojrzałam. Obok siedzi oficer młody,

pilnie linijkę za linijką pismem pokrywa,

a mnie jego postać niepokoi,

jak groźne niepokoją wody

i lęku coraz więcej przybywa.

Jak go przekonać?!

Jak dowieść, że mylne są jego wieści?

Że ludzie niedobrzy i źli

zniszczenia plan snują

o nieprawdziwej treści?

Ha - co stanie się, co los przyniesie

niech spalą pokory mojej skry.

Wtedy usłyszała:

- To nieporozumienie. Idź do domu.

Wracała sama z duszą na ramieniu tą drogą, którą ją przyprowadzono.

Rosyjskie katiusze ostrzeliwały Grudziądz, który bronił się zawzięcie. Niemcy w fortach zgromadzili żywność na dwa lata. Mieli nadzieję, że twierdza grudziądzka utrzyma się długo, co najmniej dwa lata. Grudziądz znalazł się w kotle. Front był już pod Kołobrzegiem, a walki wokół Grudziądza i w samym mieście trwały jeszcze około sześciu, siedmiu tygodni. Były zaciekłe. Walczono prawie o każdy dom. Zdarzało się, że na parterze byli Sowieci, na piętrze zaś Niemcy, lub odwrotnie.

Kiedy Niemcy po przegranej bitwie opuszczali miasto - dużą część śródmieścia wysadzili dynamitem w powietrze. Nie sterczały nawet mury po wypalonych domach. Pozostało jedynie zwalisko gruzów. Okropny widok.

Według Kartek z dziennika Henryka Gąsiorowskiego (drukowanych w Głosie Pomorza w marcu 1946r. pt. Oblężenie i zdobycie Grudziądza przez wojska sowieckie w lutym i marcu 1945) najbardziej ucierpiała ulica 3-go Maja, Plac 23 Stycznia oraz ulica Młyńska. Niemcy chcieli stworzyć linię obronną, tak zwaną "Linię Trinki". Trinka to mała rzeczka przepływająca przez środek miasta. Przedtem zerwano na niej dziesięć mostów łączących rozdzielone jego części.

Ludność Grudziądza w czasie oblężenia w lutym i marcu 1945 roku chroniła się głównie w piwnicach. Brak światła, ciasno, wilgoć. Ludzie tłoczyli się wśród stosów walizek, plecaków, krzeseł powciskani w nisze i kąty. Jedynym oświetleniem - o ile były - to świece, czasem lampa naftowa. Schrony piwniczne trzeba było jednak, od czasu do czasu, opuszczać i wychodzić na ulice po żywność i wodę. Ileż to osób poginęło, ile kobiet zostało rannych! W czasie oblężenia zabito 230 osób, ciężko rannych było 300, a lżej 2500.

13 lutego 1945 roku Kreisleiter (starosta) Lamperle wydał nakaz opuszczenia miasta przez ludność cywilną, ale nikt tego nie respektował. Nikt się z miejsca nie ruszał. 15 lutego rano mieszkańców Grudziądza przeraziły plakaty z rozkazem komendanta twierdzy generała Fricka, wzywające ludność do natychmiastowego opuszczenia miasta i udania się w kierunku Dragacza i Warlubia, a stamtąd do Reichu, czyli w głąb Niemiec. Kto nie zastosuje się do tego rozkazu w terminie do 17 lutego godziny szóstej, miał zostać przymusowo ewakuowany. Rozkaz ten najpierw podziałał na ludność druzgocąco, ale mimo to wszyscy pozostali na miejscu. Wkrótce Rosjanie zaczęli ostrzeliwać most na Wiśle, uniemożliwiając ewakuację miasta.

Trzeba jeszcze wspomnieć o Górze Zamkowej Grudziądza. 5 marca Niemcy wysadzili w powietrze jej basztę, zwaną popularnie Klimek. Basztę nie tylko o wartości historycznej, ale i dodającej miastu i jego Górze Zamkowej wiele uroku. Klimek stanowił nieomal symbol Grudziądza. Stanowił odwieczny drogowskaz na wiślanym szlaku. Pamiątkę dziejową z czasów dla tej ziemi mniej pomyślnych, mówiącej o różnej jej doli. Baszta miała potężne, niewzruszone mury. Armatnie pociski ledwie je drasnęły. Trudno było zżyć się z myślą o Grudziądzu i Górze Zamkowej bez Klimka... (Dobrze, że w Kartkach z Dziennika Gąsiorowskiego można było o tamtym czasie w Grudziądzu sporo się dowiedzieć i tu zamieścić.)

Grudziądz, przekształcony przez Niemców w 1945 roku w twierdzę, został zdobyty przez 65 armię generała P. Batowa. Miasto na skutek działań wojennych zniszczono w 70 procentach7). W czasie okupacji wyrządzono tam wiele innych, bolesnych krzywd. W październiku 1939 roku rozstrzelano dziesięciu zakładników, mieszkańców Grudziądza. Byli to: Jakubowski Walenty, Borkowski Władysław, Baranowski Edward, Dobrzyński Michał, Dawczyński Jan, Gozdowski Ignacy, Kitowski Józef, Leja Piotr, Madej Józef, Michałek Paweł.

Zamordowano ich za organizowanie przed wojną wieców i zebrań antyhitlerowskich. Ku ich pamięci ustawiono po wyzwoleniu przy ulicy Józefa Piłsudskiego obelisk z napisem:

PRZECHODNIU ŻYJ TAK DLA OJCZYZNY, JAK ONI ŻYLI DLA NIEJ

Kolejni zakładnicy (Głos Pomorza, listopad 1946r.) zostali rozstrzelani przez Gestapo 11 listopada 1939 roku na fortach grudziądzkich. Byli nimi: Bożański Kazimierz, Bittner Józef, Brzeziński, Chylewska, Frelek, Gallon Paweł, Gronek Józef, Hanczewska Helena, Klimek Damazy, Kleszczyński Wiktor, ks. Klunder, Korzeniewska Anna, Kulerski Władysław, Łączyński, Materna Antoni, Olszewski Józef, ks. dr Pastwa Antoni, Salonek, Steczko, ks. Sobisz, Szychowska, Wacławski Antoni, Wacławski Bronisław, ks. Wolski, Zieliński Józef.

W tym ponurym okresie w Grudziądzu zamordowano około trzysta osób. Założono też obóz przejściowy dla Polaków, w którym zginęło dwieście osób, a około dwa tysiące wysłano do obozów koncentracyjnych8). Nie można też pominąć, iż w styczniu 1945 roku w miejscowości Księże Góry koło Grudziądza dokonano egzekucji stu uczestników Powstania Warszawskiego (Gazeta Grudziądzka).

***

W okolicy zaczęły dziać się straszne rzeczy. Rabunki, gwałty, pożary, morderstwa. Najbardziej ucierpieli Niemcy, którzy pozostali w Białym Lesie.

- Nikomu nic złego nie zrobiliśmy. Pomagaliśmy Polakom - uspokajali się.

Ale obrona Polaków na niewiele się zdała. Pod lasem, przy drodze wchodzącej w znajomy bór, wyprowadzono z domu pięcioosobową rodzinę Jagusów. Rozstrzelano wszystkich pod ich własnym domem - od staruszki babci do niemowlęcia. Blady strach padł na cała okolicę. Sowieci mieli zaznaczony na swoich mapach wojskowych teren województwa pomorskiego sprzed wojny jako teren Rzeszy, to jest państwa niemieckiego. Takie mapy sporządzili Niemcy prawie natychmiast po wkroczeniu do Polski w 1939 roku, a prawdopodobnie jeszcze przed wkroczeniem. Stąd sowieccy żołnierze zachowywali się na tej ziemi inaczej jak, na przykład, w centralnej Polsce.

Po lasach kryli się sowieccy dezerterzy, tudzież inny podejrzany element. Dziewczęta polskie, i nie tylko, ukrywały się po piwnicach, sklepach, strychach... gdzie się dało. Agnieszka zaplotła włosy w krótkie warkocze, nosiła czarny szkolny fartuch. Była szczupła i niska.

- Skolko let majesz dziełuszka? Ile masz lat, dziewuszko?

- Dwanaście - kłamała.

- Ot, mołodyja jeszczo, mołodyja. Ot, młoda jeszcze, młoda.

Niedługo u rodziców Agnieszki zajął pokój na kwaterę major NKWD. Stało się tak, jak przedtem jeden z oficerów rosyjskich mówił do Wandy.

- My odjeżdżamy niedługo na front. Uważajcie. Po nas przyjdą niecharosze.

Przyszli. NKW-dzistów było we wsi wielu. Chodzili od domu do domu. Węszyli. Wystarczyło, że znaleźli znaczek pocztowy na pocztówce pisanej nawet po polsku z podobizną Hitlera (innych w owym czasie nie było), żeby całą rodzinę zaliczyć do Germańców. Nie pomagały wyjaśnienia, że w czasie okupacji nie było innych znaczków. Tylko i jedynie takie. To spotkało także rodzinę Agnieszki.

Był koniec lutego. Mróz jeszcze trzymał solidnie. Dzień, jakich wiele w zimie. Na prośbę mamy Romek skrył się w piwnicy pod podłogą kuchni. Kora, półmyśliwski pies, zaszczekał ostrzegawczo na podwórzu. Po kilku minutach trzech NKW-dzistów z karabinami było w sieni. Zabrali Wandę, Zosię, Agnieszkę i... Romka.

- Na rabotu - powiedzieli załzawionej mamie. - Na roboty.

Wszystkich zabrali jak stali, to jest bez ciepłego ubrania, prowiantu na drogę, przyborów do mycia. Zosia była chora. Miała wysoką temperaturę i naloty w gardle. Najprawdopodobniej anginę. Zabrali ją z łóżka. A 17-letniego Romka przez jego nieostrożność. Usłyszał głos Marty Zietańskiej (zabranej wcześniej), w której sympatyzował i wyszedł z piwnicy. Może chciał ją bronić? Romek też nie był zdrowy. Opuchnięty od bólu zęba, a i tarczyca dawała mu się we znaki. NKW-dziści na nic jednak nie zwracali uwagi. (Po kilkudziesięciu latach prasa podała, że Sowieci mieli, według planów, wywieźć z Pomorza w głąb Rosji sto tysięcy mieszkańców.) A potem? Potem wędrówka w nieznane. Kilkadziesiąt osób z okolicy, głównie młodzieży - sam kwiat, goniono przez zaśnieżone drogi, bruzdy na polach, przez las. Bywało, nogi wpadały w śnieg po kolana, zwłaszcza na polach. Zofia słabła coraz bardziej, upadała. Agnieszka i Roman wzięli ją pod pachy i właściwie ciągnęli. Zostawali na końcu tego tragicznego pochodu.

W pewnym momencie podjechał na koniu NKW-dzista. Strzelił nahajką.

- Bystrej, bystrej. Szybciej, szybciej - krzyczał.

Agnieszka nie wytrzymała.

- Panu na koniu, to dobrze. A siostra jest chora, nie możemy iść prędzej. Myśmy tak na was czekali - podniosła głos - a co wy z nami robicie?! Witano was kwiatami. Starsze kobiety, babcie to nawet - z braku w zimie innych kwiatów - doniczkami z parapetów okien.

Znowu strzelił nahajką, ale... odjechał.

Mijali Wiewiórki. Co za ponury obraz wsi. Pustej wsi. Drzwi domostw szeroko pootwierane. Puste oczodoły okien straszyły. Gdakały głodne kury, wyły psy. Potem Dębieniec. Już się ściemniało, jak dotarto po kilkunastu kilometrach koszmarnej drogi do budynku szkoły w Książkach. Było to miejsce zbiórki, raczej przejściowego postoju. Ulokowano wszystkich w niedużej klasie. Szyby w jednym z okien były wybite, zatkane jedynie wiechciem słomy. Zimno, głód i zmęczenie dawało coraz mocniej znać o sobie. Najbardziej bolały nogi.

Zaczęły się przesłuchania. Agnieszka niewiele rozumiała, o co pytającym chodziło. Do znudzenia powtarzali te same pytania:

- Kuda twój muż? Gdzie twój mąż?

- Nie mam żadnego męża. Jestem za młoda. Ja chcę się uczyć.

Przesłuchujący Rosjanin coś notował, pytał i znowu notował. W końcu kazał podpisać.

- Ale tu jest po rosyjsku; ja nie wiem co mam podpisać.

- Czto ty mienia skazała. To, co mnie mówiłaś - krzyknął.

Podpisała.

Najczęściej przesłuchiwano po dwie osoby w jednym pomieszczeniu. Obok Agnieszki - Bernarda Lechowskiego, czterdziestokilkuletniego sąsiada z Białego Lasu. Przypadkiem więc wszystko słyszała.

- Kuda ty rabotajesz? Gdzie pracujesz?

- W gospodarstwie.

- W chadziajstwie? A poczemu u ciebia ruki takije charosze? W gospodarstwie? A dlaczego u ciebie ręce takie ładne?

- Bo w zimie jest mniej pracy.

Nie uwierzyli. Zaczęli bić po rękach.

- No, ciepier skażyj kuda ty rabotajesz. Ty burżuj. No, teraz powiedz gdzie ty pracujesz. Ty burżuj.

Powtarzali to wiele razy. Sąsiad z Białego Lasu miał ręce na wierzchu spuchnięte od bicia, jak poduszki. Całe też sinofioletowe.

Noc w Książkach była okropna. Agnieszka nigdy jej nie zapomniała. O położeniu się, siadaniu, ba - nawet znośnym staniu nie było mowy. Wszyscy nieludzko stłoczeni. W jednej klasie-izbie było ponad sto kilkadziesiąt osób. Stali ściśnięci jeden obok drugiego, podtrzymując się w ten sposób wzajemnie. Nikt nie spał. Szczęście, że chorą Zosię zabrała jakaś kobieta do małej izby, ogrzewanej żeleźniakiem, tak zwaną kozą. Następnego dnia znowu przesłuchania. Głód skręcał wnętrzności. Dopiero w południe otrzymano talerz wody, w której gotowano ziemniaki i jedną kromkę chleba. Tą kromką Agnieszka podzieliła się ze słabnącą z głodu Wandą i Romanem. Zofia nie mogła połykać. Agnieszka postanowiła bronić siostry. Poszła do starszego stopniem NKW-dzisty.

- Proszę zwolnić siostrę. Jest bardzo chora.

A kiedy nie pomagało, powiedziała:

- Ona ma wrzody w gardle. Może wszystkich pozarażać. Panów też.

Pomogło. Skutek był prawie natychmiastowy. Przyszedł lekarz. Kazał Zofii wracać do domu. Chyba zlękli się dyfterytu.

- Sama jest za słaba, zginie po drodze. Pozwólcie albo mnie, albo bratu pójść z nią. Brat też nie jest zdrowy, ale zawsze we dwójkę.

Na nic te prośby Agnieszki. Zochna wracała sama. Znała mniej więcej kierunek, w jakim trzeba było iść.

- Tylko żeby siły nie opuściły... Żeby ich starczyło.

Nogi były niczem z gumy. Chciało się pić. Wlokła się przez nieznane, pokryte śniegiem pola długie godziny. Już się ściemniało, kiedy wpadła po ramiona w rów pełen śniegu. Przelękła się. Resztkami sił wydostała się z niego. Przerażenie i strach zmobilizował jej siły. Wtem spostrzegła, że niedaleko musi być szosa. Słychać jadące ciężarówki. Któraś z nich zauważyła Zofię. Było w niej pełno rosyjskich żołnierzy. Zatrzymali się. Bała się, ale zbliżającej, zimowej nocy jeszcze bardziej. Pomogli jej wsiąść. Coś do niej mówili. Z początku nie rozumiała. W końcu odpowiedziała, że chciałaby dotrzeć do Błędowa. Wyjęli mapę. Jechała z nimi czas jakiś do drogi, którą poznała. Drogi prowadzącej z Błędowa do jej wsi. Do domu. Podziękowała im skinieniem głowy.

- To cud, istny cud, że jest w domu.

W Książkach nie przebywali długo. Znowu pieszo, pod eskortą, poprowadzono ich przez Radzyn Chełmiński do Jabłonowa. Ulokowano wszystkich w zamku jabłonowskim. Przedtem oddzielono mężczyzn od kobiet. Agnieszka znalazła się razem z innymi ośmioma kobietami w niedużym, dość luźnym pomieszczeniu. Były jeszcze dwie Niemki. Każda miała dla siebie legowisko ze słomy. Nieświeże, ale zawsze to lepsze od żadnego. Zanim jednak znalazły się w tym pomieszczeniu, siedziały długo na podłodze przed jakimiś drzwiami. Były kolejne przesłuchania. Nocą, około drugiej, wezwano Agnieszkę. I znowu to pytanie:

- Kuda twój muż? Gdzie twój mąż?

Odpowiadała tak samo, jak w Książkach.

- Da, charaszo. Ty uże mienia skazała, a ciepier skażyj kuda twój muż? No dobrze. Ty już mnie powiedziałaś, a teraz powiedz gdzie twój mąż?

Trwało to ze dwie godziny. Stale wkoło to samo pytanie. Między pytaniami oficer śledczy trzaskał biczyskiem chodząc wzdłuż pokoju.

- Skażyj mienia, on w armii u Germańców? Powiedz mi, on w wojsku u Niemców?

- Nie mam męża. Tak bardzo czekaliśmy, że nas wyzwolicie. Że polskie dzieci będą mogły się uczyć.

Agnieszka była coraz bardziej znużona. Za kolejnym, beznadziejnym pytaniem zirytowana podniosła głos.

- Już mówiłam. Jak mam to powiedzieć, żeby pan uwierzył?

Powtórzyła, jak to witano ich - z braku innych w zimie - kwiatami z doniczek na oknach. Trzasnął biczyskiem tuż nad jej głową. Wystraszyła się. Zawołał następną ofiarę.

- Co z nami będzie? Co będzie? Dokąd nas pędzą?

Takie myśli nękały niesłychanie. Któregoś ranka Gertruda Sedowa z Białego Lasu, dzieląca ten sam los, zaproponowała:

- Może by zamiast porannej, zwykłej modlitwy odmawiać różaniec? Agnieszko będziesz prowadziła?

Odtąd było tak każdego dnia rano. Wszystkie klękały na swoich legowiskach i ściszonym głosem modliły się. W czasie któregoś ranka znienacka otworzyły się drzwi i NKW-dzista zajrzał do izby. Cofnął się. Tak powtarzało się przez wszystkie dni. Zaglądał i zawsze wycofywał się po cichu. Jakże ta wspólna modlitwa im pomagała! Krzepiła serca zmrożone niepewnością jutra. Wlewała otuchę do duszy. Już nawet niestraszne Agnieszce było, że znalazła wszy odzieżowe na swoim posłaniu... Że dla załatwienia potrzeby fizjologicznej wyprowadzał je - zawsze z rana i wieczora - NKW-dzista z karabinem. Że głód dokuczał... I nagle, ósmego dnia pobytu w Jabłonowie, zaraz po skończeniu różańca, wszedł jakiś Sowiet do izby.

- Wychadzicie wsie. Wychodźcie wszystkie.

Wyszły na dziedziniec. Stanęły w jednym rzędzie. Mężczyźni i chłopcy stali po drugiej stronie. Wśród nich Agnieszka zobaczyła Romka. Stał blady, smutny, ale wyprostowany. Widziała jego powiększoną tarczycę, nie miał szala na szyi. Bez namysłu podbiegła do niego. Dała mu swój. To był ostatni raz, kiedy go widziała. Wróciła do swego rzędu. NKW -dzista trzymał w ręku jakąś listę. Zaczął z niej głośno wyczytywać nazwiska kobiet, które były razem z Agnieszką w izbie zamku jeszcze przed kilkunastoma minutami. Wszystkich oprócz dwóch Niemek. Skończył.

- Uchadzicie domoj. Idźcie do domu - powiedział bez żadnego wyjaśnienia.

A pozostali? Setki, może tysiące pozostałych? Wywieziono bydlęcymi wagonami za Ural i na Syberię.

Wracając, jeszcze nie w pełni dowierzały, że są wolne. Że nad nimi rozległe, bezkresne niebo, chociaż szare w tym dniu, zdawało się pełne najpiękniejszego słońca i błękitu. Po chwili namysłu postanowiły nie iść szosą grudziądzką. Tam z powodu oblężenia Grudziądza było zbyt niebezpiecznie. Zdecydowały się na szosę w kierunku Wiewiórek, choć nieco okrężną i dalszą. Ciągle nie dowierzając nie rozumiały, dlaczego je to spotkało. Dlaczego, ni stąd ni zowąd, je zwolniono. Ale Agnieszka wiedziała, wierzyła... tak bardzo wierzyła, że to różaniec..., że to Pani z Gietrzwałdu!

Szosą, którą szły, ciągnęły wojskowe, rosyjskie ciężarówki. Dużo ich. Uszły może kilka kilometrów, kiedy nadleciały niemieckie samoloty.

- W pole! - krzyknęła Wanda. - W pole!

Zaczęły biec ile sił. Byle jak najdalej od szosy. Żołnierze rosyjscy także. Silniejsi pobiegli szybciej i dalej. Agnieszka i współtowarzyszki upadły może kilkanaście metrów od szosy. Bombowce huczały złowrogo coraz bliżej.

- Ach, zapaść się pod ziemię, ukryć się w niej.

Zimny strach paraliżował myśli, serce, mięśnie. Nagle okropny huk rozdarł powietrze. Nad głowami rozprysła błotnisto-śnieżna ziemia z odłamkami bomby. Po kilku minutach, które zdawały się wiecznością, samoloty odleciały. Byli ranni. I to ci, którzy pobiegli najdalej. Wandzia darła w paski bieliznę, chusteczki i opatrywała nimi mniejsze rany żołnierzy. Każda z nas darła, co tylko mogła, pomagając Wandzie. A ósemce kobiet nic się nie stało. Zupełnie nic. Nawet nie było najmniejszego zadraśnięcia.

- To Opatrzność Boża. To wstawiennictwo Pani Gietrzwałdskiej - powtarzała Agnieszka w sercu.

Niedawno Agnieszka znalazła opis tego nalotu wykonany kilka miesięcy później, w lipcu 1945 roku. Niemal więc świeżego w pamięci. Była wtedy na kursie pedagogicznym w Bydgoszczy i z zakresu psychologii trzeba było opisać jakieś retrospekcyjne wydarzenie. Może dobrze będzie je, w tym miejscu, dodatkowo zamieścić. Pełniej oddaje przeżycie tamtych groźnych chwil.

Był piętnasty luty 1945 roku. Deszcz drobnymi kroplami spadał monotonnie na ziemię. Przede mną wiła się daleka, błotnista szosa. Co chwilę przejeżdżały rosyjskie samochody. Dużo ich. Coraz więcej. Zmęczenie, po źle przespanej nocy, ogarniało mnie coraz bardziej. Do świadomości ledwie dochodził nieustanny turkot wozów. Głód zaczynał dokuczać... i zimno, a do domu jeszcze daleko. Znużona, bez sił, dobywałam ostatniej energii... byle naprzód. Głucha, nieomal bolesna pustka wypełniała duszę. Hałas, gwar i turkot samochodów z każdą chwilą się powiększał. Nadjechały czołgi rosyjskie. Nagle stanęło wszystko. Powstał nieopisany chaos. Żołnierze zaczęli rozbiegać się. Niektórzy uporczywie patrzyli w górę. Zza chmur ledwie dostrzec można było pojedyncze samoloty. Zanim zdążyłam się zorientować, zanim uświadomiłam sobie, że niebezpieczeństwo śmierci może być bliskie, już duża ich i1osć złowrogo krążyła nad głową.

-Niemcy! W pole!

Stanęłam w bezruchu.

- Gdzie schronić się? Jak ratować?

Jak strzała przebiegały myśli przez głowę. Jedna za drugą... złowrogie, okrutne, bezradne. Opanowała mnie chęć ucieczki. Jak najdalej, jak najprędzej. Za późno. Nie czułam w tej chwili ni zimna, ni głodu, nawet zmęczenia. Ledwie zdążyłam pobiec kilka kroków, kiedy zaczęły tuż... tuż padać bomby. Bezwiednie padłam na śniegiem jeszcze pokrytą ziemię. Ogłuszona ogromnym hukiem, oniemiałam z przerażenia. Nieznane dotąd uczucie śmiertelnej trwogi, ścięło na chwilę krew w żyłach. Widmo śmierci stanęło przed oczyma.

- Byle przyszła od razu! Byle się nie męczyć!

Bałam się okrutnie. Znowu wielki huk spadających bomb wstrząsnął ziemią. Wstrzymałam oddech. Kurczowo przylgnęłam całym ciałem do śniegu pomieszanego z błotem. Słowa modlitwy zamarły na ustach.

- Ach gdybym mogła w tej chwili skryć się gdzieś głęboko w ramionach Matki Ziemi!

Potem przez moment zdawało mi się, że już to najgorsze minęło. Podniosłam głowę. Spojrzałam. Na szosie paliły się samochody. Pobiegłam kilka kroków naprzód. Pragnęłam znaleźć się jak najdalej w polu. Siłą woli przemogłam uczucie lęku. Wtem nadjechała nowa fala samolotów. Ogień artylerii przeciwlotniczej powiększył się. Znowu padłam na ziemię. Ku większemu jeszcze przerażeniu ujrzałam blisko mnie dwa palące się samoloty.

- Runą niedługo - przemknęło mi przez myśli.

W tej samej chwili usłyszałam nowy, przerażający świst huczącej bomby. Jęknęłam głucho.

- Ojcze mój - szepnęłam pełna śmiertelnej trwogi.

Zdawało mi się, że życie we mnie stanęło w tej chwili. Że serce bić przestało. Mrożący lód ściął moje członki. Myśli z piorunującą szybkością jak szalone targały duszę.

- Umierać? Nie! Nie chcę! Czyż po to pozwolił mi Pan Bóg przeżyć lata okropnej niewoli? Lata pełne bolesnej tęsknoty, łez za nie powracającą Ojczyzną? Lata pełne walki, trudów, pełne dni szarych, beznadziejnych w swej jednostajności, okrytych kirem snującej się jak cień żałoby? I teraz kiedy nareszcie zaczęły się ukazywać jaśniejsze horyzonty..., kiedy świt dnieje i Ona przychodzi... mnie los grób ukazuje?

Umiłowany dom wśród pól, wśród łąk, wśród lip stanął - jako żywo - przed oczyma. I twarz mamy, sióstr, braci..., ojca stroskanego spojrzała na mnie. Bezsilna niemoc, ból głuchy rozdzierał serce.

- Pozwól mi jeszcze żyć! Pozwól! - prosiłam w rozpaczy.

Potem ogłuszona łoskotem upadającej obok bomby czułam, jak odłamki żelaza z ziemią pryskają ponad mną do góry. Przykuta do miejsca nie wiedziałam, co działo się wokoło. Kiedy niebezpieczeństwo minęło, przyszły po mnie współtowarzyszki drogi, prowadząc dalej przez pola. Noga, którą zwichnęłam przy upadnięciu, bolała bardzo. Jednak dziękczynna, cicha radość malowała się na twarzy. Wierzyć nie chciałam, że spod ognia, kul i bomb - wyszłam cało.

Doszły, raczej dowlokły się do Wiewiórek. Był wieczór. W jednej z chat ujrzały z daleka nikłe światło. Poszły tam. Otworzyła im starsza, samotna kobieta. Niedługo zmęczone okrutnie spały na czystej słomie mocnym, ufnym snem. Nazajutrz wczesnym rankiem spieszyły do domu. Droga wiodła przez białoleski las.

- Czy dom stoi jeszcze? Czy jeszcze jest? Czy rodzice są w domu? Było już przecież kilkanaście pożarów we wsi. Prawie wszystkie niemieckie zabudowania z żywym inwentarzem spłonęły.

Agnieszka nie mogła nadążyć za Wandą, którą nogi po przespanej nocy niecierpliwie niosły szybciej i szybciej.

- Być już w domu, w rodzinie, zapomnieć o koszmarze ostatnich dni.

Niedługo wszakże zostawiły las za sobą. Przed oczyma wyłoniła się równina wsi, pól znajomych. W dali ujrzały biało-czerwony dom. Drogi. Wytęskniony. Dym z komina słał się prostą smugą do nieba. Zwiastował pogodę.

- Mama gotuje. Mama gotuje obiad.

Łzy ścisnęły gardło. Napłynęły do oczu. Drzwi otworzył ojciec Agnieszki.

- Tak bardzo bałem się o ciebie. Jesteś najsłabsza. Taka delikatna - obejmował ją ramionami. - Tak bardzo się lękałem...

Witał Wandę ze wzruszeniem.

- A Romek? Gdzie Roman?!

Mama, kryjąc łzy, szykowała coś do zjedzenia. Były z Wandą nieludzko głodne.

NKW-dzistów na kwaterze już nie było. Nie cieszono się jednak długo spokojem w domu. Mijał zaledwie tydzień od ich powrotu, kiedy Ruscy ponownie zorganizowali w Białym Lesie dwa punkty swojej tajnej policji.

- Czyżby nie wiedzieli o poprzednich wywózkach? Czyżby aż tak nie była skoordynowana ich akcja?

Agnieszka upewniła się o tym niebawem, w czasie przesłuchania w domu Teofila Gajowskiego przy drodze we wsi, którą tyle razy przemierzała idąc do Spaleńca. Za stołem w niedużej izbie siedział młody, o ciemnych włosach oficer NKWD. O dziwo, nie pytał o męża. Zupełnie zaskoczona usłyszała:

- Ty byłaś konfidentem gestapo?

- Ja konfidentem? A co to takiego?

Kiedy wyjaśnił, krzyknęła:

- To nieprawda!

- Kłamiesz. Wasz sołtys mi powiedział, o ten, który właśnie idzie ścieżką - wskazał na dróżkę za oknem.

A szedł nią Antoni Pachiński z ulicy Pańskiej. Agnieszka nie wytrzymała:

- To pan oficer kłamie. Sołtysem jest mój ojciec. A to nie on. Nigdy by tak fałszywie nie powiedział! Nigdy! - wręcz krzyczała.

I stało się coś zupełnie nieoczekiwanego.

- Uspokojsia. Uchadzi domoj. Uspokój się. Idź do domu.

Wzburzona wybiegła z izby. W przedpokoju czekali następni na przesłuchanie. Nikt z nich nie powrócił ze zsyłki do Kraju.

Spokoju w Białym Lesie ciągle nie było. Dezerterzy podpalali nocą zabudowania. Pili. Któregoś marcowego dnia przyszło ich kilku do rodziców Agnieszki. Mieli skośne oczy, byli brudni, a za cholewami butów pozatykane granaty i noże. Żądali od ojca Agnieszki kilku sąsiedzkich krów.

- Nie mogę tego zrobić - tłumaczył im - Jestem sołtysem i nie mogę wam wydać krów nieobecnych jeszcze sąsiadów. Dam wam swoją jałówkę.

Zabrali, ale odeszli niezadowoleni.

Była trzecia, może czwarta godzina nad ranem, kiedy Agnieszkę obudziło duże światło, jakby czerwona łuna. Biło przez szyby prosto jej w twarz. Zerwała się z krzykiem.

- Pali się! Pali!

Pożar. Płonęły już całe, stojące oddzielnie, zabudowania: stodoła, stajnia, a w niej krowy, koń ze źrebakiem, trzoda chlewna, kury. Ryk palonych żywcem zwierząt był przerażający.

- Mosiek! Tatusiu, ratuj Mośka - wołała płacząc mała Lonia.

Ojciec Agnieszki pobiegł do drzwi stajni, choć ogarniały je już złowrogie płomienie. Któryś z sąsiadów chwycił go za ramię i siłą odciągnął w ostatnim momencie od ognia. Mosiek, śliczne, słodkie źrebię, ulubieniec Loni, zginął razem z całym inwentarzem. Zabudowania najpewniej były oblane benzyną we wszystkich swoich rogach, gdyż płomienie buchnęły z czterech stron jednocześnie. Widziała to sąsiadka Berta Szeterowa, która przypadkowo obudziwszy się, podeszła do okna. Widziała też świecące jakby ogniki, lecące w kierunku zabudowań. Takimi nabojami - jak było wiadomo - strzelali żołnierze sowieccy.

Był silny wiatr i ogromne płomienie sięgały już dachu domu mieszkalnego. Ratowało go kilku sąsiadów. Stali na dachu polewając go wodą z pobliskiej studni, podawaną w wiadrach przez innych sąsiadów. Tracono już nadzieję na uratowanie domu, gdy niemal w ostatniej chwili wiatr zmienił kierunek. Dom został uratowany. Spełniły się niedawne, złowrogie sny. Mama Agnieszki śniła bowiem, akurat tydzień przedtem, o tym pożarze.

- Widziałam ten ogień. Tak samo, zupełnie tak samo - powtarzała.

Agnieszka natomiast śniła, jak wynosiła, przy czyjejś pomocy, na drogę Szkolną, za lipami przed domem, swoją szafkę z pamiętnikami, brulionem wierszy, albumem z fotografiami itp. Tak było. Teraz płakała patrząc na zgliszcza. Nie mieli już prawic nic. Tyle zniszczeń, tyle strat. Niedawno były przecież i rabunki. Jacyś żołnierze sowieccy wyprowadzili ojca Agnieszki przed dom. Zdjęli mu obrączkę ślubną z palca, ręce kazali oprzeć o mur domu. Jeden z nich, ten z karabinem, pilnował, drugi rabował co się dało. A przedtem NKW-dziści, którzy kwaterowali w domu rodziców Agnieszki, ogołocili szafy niemal ze wszystkiego. Mizerną resztę ubrań złożono - z obawy przed kolejnymi napadami rabunkowymi - do dużej walizy. Najpierw ją zakopano, a później schowano pod słomą w sąsieku. Spaliły się. Spalił się także olejny portret Kingi i obraz Spaleńca. Były też tam ukryte. Obrazy to prezenty, które Kinga otrzymała od Zygmunta. Malował je Tadeusz Nowak. Mieszkał z bratem Romanem (który darzył sympatią Wandę) w gajówce przy drodze do Spaleńca. Tadeuszowi brakował - przed wybuchem wojny - tylko jeden rok do dyplomu. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Agnieszka mu się podobała.

Pewnego razu obaj bracia zaprosili obie siostry na kawę. W noc poprzedzającą tę wizytę Agnieszka widziała we śnie duży - co najmniej wielkości połowy drzwi - obraz popiersia Chrystusa na Krzyżu. W złocisto-brązowych kolorach, o niezwykle pięknej twarzy. Twarzy poruszającej serca. Twarzy o tak pięknych rysach, której wyrazu nie sposób zapomnieć. Widziała ją wyraźnie. Tak całkiem wyraźnie jakby na jawie. Po południu poszły więc obie z Wandą na proszoną kawę do gajówki. Kiedy otworzyły drzwi, Agnieszka zaniemówiła. Naprzeciwko, na ścianie, w atelier Tadeusza wisiał brązowo-złoty Chrystus. Ten sam ze snu. Całkowicie ten sam. Niesamowite wrażenie.

- W zakrystii pobliskiego kościoła ewangelickiego, który malowałem, znalazłem drewniany, nieduży Krzyż. Ta twarz mnie urzekła i zainspirowała. Postanowiłem ją namalować - wyjaśnił Tadeusz.

- Ale żeby aż tak sprawdził się sen? Tak zupełnie, w stu procentach? - dziwiło Agnieszkę.

Wtedy po raz pierwszy pomyślała, że sny są jeszcze niezbadaną przez naukę dziedziną wiedzy.

***

Nadeszła upragniona wiosna. Niosła ze sobą trochę ukojenia i - mimo wszystkich, ciężkich przeżyć - nieco ludzkiej radości.

9 maj 1945 roku. Dzień wstał słoneczny, rześki, radosny. Bo i wieść niósł radosną.

- Koniec wojny! Koniec wojny!

Wyśniona, jakże wyczekiwana wieść! Rozchodziła się lotem błyskawicy. Nie było przecież telewizji, a i radio czy telefon nader rzadko w domach. Właściwie tylko sporadycznie, w urzędzie pocztowym czy może poniemieckiej szkole. Ludzie więc podawali sobie tę wieść z ust do ust. Biegali do sąsiadów lub udawali się do krewnych i znajomych w okolicy.

- Koniec wojny! Wolność!

Zachłystywano się tą świadomością. Nie myślano, nie analizowano, jaka będzie - czy pełna, czy suwerenna odzyskana Ojczyzna... Wolność. To słowo, po okrucieństwach wojny i niewoli, przybierało wręcz magiczny wymiar. Moc nieokreśloną. Ogrzewało serca, dawało siłę, uskrzydlało. Niosło nadzieję na powroty zaginionych, wywiezionych osób. Agnieszka nie przestawała myśleć o swoich Najbliższych. Ich brak, ich nieobecność kładła się bolesnym cieniem na wszystkim, co działo się wokoło. W dodatku i spokoju w Białym Lesie wciąż nie było. Nocami tu i ówdzie płonęły opuszczone zabudowania. Zwłaszcza te poniemieckie. Po lasach ciągle kryli się różni dezerterzy, choć front przesunął się dość daleko na Zachód. Grudziądz został po kilku tygodniach ciężkiego oblężenia zdobyty, jednak w Kołobrzegu jeszcze toczyły się walki. Niemcy opuszczając Grudziądz - jak już wspomniano - zniszczyli dynamitem dużą część śródmieścia. Pozostała kupa ponurych gruzów. Ale ich wreszcie nie było. A zobaczenie, a ujrzenie żołnierzy w polskich rogatywkach, a swobodny wreszcie język polski, a flagi biało czerwone - to jak zjawa, jak sen!

W okolicy pokazała się milicja obywatelska. Przywitano ją z ufnością. Nie wszyscy jednak okazali się w jej szeregach solidni i uczciwi. Zdarzało się, że niektórzy szabrowali, inni - często pijani - wpadali późnym wieczorem do mieszkań, do polskich domów szukając rzekomo Niemców. Szukali ich nawet w dziecinnych łóżeczkach.

We wsi zaczęto myśleć o zorganizowaniu życia społeczno-gospodarczego. No więc najpierw szkoła. Uruchomić szkołę. Budynek szczęśliwie ocalał, choć klasy były puste. Bez ławek, pieców. Szyby w oknach częściowo powybijane, drzwi zepsute, w niektórych powyrywane zamki. Ojciec Agnieszki mozolnie zabrał się do pracy. A to starał się o naprawę drzwi i pieców kaflowych; a to znosił z Agnieszką małe krzesełka przedszkolne, aby choć one służyły na początek dzieciom zamiast brakujących ławek; a to zorganizował papier pakunkowy, który odpowiednio pocięty zastępował zeszyty, itp., itp. W czasie okupacji hitlerowskiej była w tej szkole ochronka dla niemieckich dzieci. Dobrze więc, że choć te małe krzesełka, pozbierane po okolicy, mogły zastąpić niezbędne ławki. Agnieszka nie pamięta już, gdzie znaleziono tablicę.

Niebawem rozeszła się wieść, że w Grudziądzu rozpoczął urzędowanie Inspektorat Szkolny. Nie czekano ani chwili. Udał się tam z dwuosobową delegacją Antoni Pachiński prosząc o zezwolenie na otwarcie szkoły publicznej w Białym Lesie. Otrzymał je, przywożąc jednocześnie dla Agnieszki nominację na nauczycielkę kontraktową.

Dzień otwarcia był wzruszający, trudny do opisania. Po ponad pięciu latach znowu w Białym Lesie polska szkoła! Polska szkoła i polskie dzieci mogą się uczyć! To święto, prawdziwe święto. Kilkadziesiąt dzieci w różnym wieku. Trzeba je było podzielić na choćby trzy klasy, zróżnicować program nauczania, raczej dostosować do braków w nauczaniu i lat urodzenia. Pomyśleć o podziale na ciche i głośne nauczanie, w jednym czasie i w jednej klasie. Jakże przydały się Agnieszce zeszyty ze szkoły powszechnej w Grudziądzu, skrupulatnie przez nią prowadzone i ocalałe z pożogi wojennej. Na ich podstawie przygotowała odpowiedni program, a i jej samej służyły jako cenna pomoc.

No więc była w Białym Lesie szkoła. W pierwszym dniu, w dniu otwarcia po odmówieniu modlitwy odśpiewano hymn państwowy Jeszcze Polska nie zginęła. Aż dziw, że dzieci po tylu latach okupacji umiały go zaśpiewać. Śpiewały głośno, serdecznie. Po krótkim, okolicznościowym powitaniu dokonano spisu dzieci, a potem rozległo się Boże coś Polskę. W tym momencie Agnieszka zobaczyła przez okno zbliżających się do szkoły kilku żołnierzy radzieckich, ale... śpiewano dalej. Stanęli w korytarzu czekając, aż dzieci skończą. Weszli, pozdrowili po rosyjsku, powiedzieli kilka słów życzeń dobrej nauki i... poszli. Po kilku dniach, wieczorem pokazali się w domu Agnieszki.

- Jak ty tłumaczysz dzieciom czy jest Bóg, jeśli pytają?

Zaskoczona odpowiedziała:

- Prosto, jak umiem. Na przykładzie zegarka. To przecież skomplikowany mechanizm i sam z siebie by nie powstał. Skonstruowała go istota myśląca, mądra - człowiek. I nie tylko skonstruowała, ale aby ten zegarek działał - musiała go uruchomić, wprowadzić w ruch i utrzymywać w tym ruchu, aby funkcjonował. Podobnie było i jest ze stworzeniem świata, z jego funkcjonowaniem.

Słuchali w milczeniu. Po dłuższej chwili usłyszała, ku jej zdumieniu, od najstarszego stopniem - kapitana:

- No charaszo, charaszo.

Agnieszka nie znała wówczas Czesławy Olearskiej z Warszawy. Ona bowiem na twierdzenie kogoś, że nie wierzy w Boga, bo Go nie widział, odpowiadała krótkim pytaniem:

- A prąd widziałeś?

Na pewno powtórzyłaby to dzieciom.

Po dwóch lub trzech tygodniach na podwórze zajechał ów kapitan z jeszcze jednym żołnierzem.

- Byliśmy na froncie (nie powiedział jakim). Kule świstały gorąco, a ja powtarzałem: Agnieszki Boh, Agnieszki Bóg... Żadna nas nie dosięgła.

Praca w szkole była trudna. Nie było żadnych, najprostszych pomocy naukowych: książek, zeszytów. Nawet dziennik lekcyjny Agnieszka prowadziła według logicznego, wymyślonego schematu. Także pierwszą lekcję konferencyjną. Ale zadowolenie z pracy miała duże. Dzieci chętnie się uczyły, nadrabiały pilnie stracony czas. Niestety, jak to dzieci, trochę rozrabiały. Agnieszka z miłości do rodzinnych stron nauczyła je pięknego, patriotycznego hymnu tej ziemi:

Ziemio Pomorska, Kraju drogi,

nie wydarl nam Cię wróg,

nie wydarł wróg,

bo nas od wieków w walce srogiej

wiódł zew Ojczyzna, Bóg,

Wiódł zew Ojczyzna, Bóg!

Polsko, Ojczyzno, Matko święta,

dla Ciebie dzierżym tu straż,

dzierżym straż.

Jest w nas wytrwania moc zaklęta,

a wiara to puklerz nasz,

a wiara to puklerz nasz!

No bo Pomorze jest piękną krainą. Rozległe pola na pofałdowanym ciekawie terenie, wzgórza, doliny, lasy pełne niebotycznych sosen, świerków dostojnych, brzóz białych... Pokrętne drogi no i jeziora o wodach srebrzystych, spokojnych, ozdobnych w jasne tafle niby lustra ogromne.

Kiedyś, wiele, wiele lat później jechała Agnieszka samochodem z mężem Bogusławem z Warszawy do rodzinnych stron. Był ciepły, świeży wiosennym powietrzem czerwiec. W Wąbrzeźnie zamiast z rynku pojechać szosą chełmińską w kierunku Stolna koło Chełmna i Robakowa (dokąd najpierw zamierzali) skręcili w stronę Grudziądza. Błądzili. Dojechali do Stanisławek. Agnieszka krzyknęła z zachwytu. Nigdy tego widoku nie zapomni. Jechali wolno bardzo pokrętną drogą nad głębokim wąwozem. Jego całe wnętrze, aż po brzegi, wypełniały obficie pełne uroku maki czerwone, chabry niebieskie oraz rumianki białe. A wszystko to skąpane w miłościwym słońcu. I ptaki śpiewały wiosennie...

- Jakież piękno, jakież piękno!

Wtedy znowu zdała sobie sprawę, że jeśli to jest jej romantyzm... to jest on okrasą życia. Okrasą szarego życia.

Agnieszka pracowała w szkole w Białym Lesie około jednego roku. Tak się umówiła w Inspektoracie w Grudziądzu - dopóki nie przyjedzie wykwalifikowany nauczyciel. Sama przecież nie przestawała myśleć o kontynuowaniu przerwanej przez wojnę nauki.

Ojciec Agnieszki ledwie - można rzec - uruchomił szkołę, zabrał się do odbudowy budynków gospodarczych. Agnieszka otrzymała w ramach powojennej pomocy nauczycielom przydział drzewa z pobliskiego lasu. Drzewa częściowo pozostawionego po wycofujących się wojskach radzieckich. Potrzebne im drzewo ścinali bowiem w pośpiechu na wysokości około jednego metra. Często też zostawiali już ścięte. Ojciec Agnieszki wykonywał sam tak zwaną ciesielkę dla stodoły. Podobnie pomagał przy niej w czasie budowy domu po pierwszym pożarze, w latach dwudziestych. Wówczas również sam zrobił do kuchni stołki drewniane, tak zwane kozły, no i z drewnianych szczeblinek - sztachet płot wokół obejścia domu. Upiększył całe to rodzinne, białoleskie obejście. Wydaje się, iż trzeba jeszcze wspomnieć o roli "meteorologa", jaką spełniał. Pogodę przepowiadał niemal bezbłędnie. Rozpoznawał ją po kolorze nieba, słońca, kształcie chmur, lotu ptaków, zwłaszcza jaskółek, kierunku i sile wiatru. Czynił to zwykle wieczorem o zachodzie słońca. Ostrzegał - szczególnie przed burzą. Ileż to razy Agnieszka marzyła o różnych w Białym Lesie ulepszeniach... na przykład piorunochronie, elektryczności...

- Jak długo tego nie będzie, to i różnoraki postęp będzie tutaj kulał. No i groźba pożarów od uderzeń pioruna będzie wisiała, jak straszliwa groźba, w powietrzu.

Takie myśli krążyły po głowie Agnieszki jeszcze w czasie szkoły powszechnej.

***

To było wiosną 1946 roku, kiedy władze polskie dokonały powszechnej rehabilitacji rdzennej, pomorskiej ludności, której Niemcy wmusili dowody osobiste tak zwanej trzeciej grupy. Agnieszka miała poważne wątpliwości. Buntowała się. Rehabilitacja? Z czego? Czy ktoś ponosi winę, że jego przodkowie pochodzą z tej ziemi, to jest z dawnego zaboru pruskiego? Że Niemcy dla swoich celów dali im takie dowody? Przecież ani Polakom pochodzenia z dawnych zaborów rosyjskiego czy austriackiego nie umniejsza się polskości. Wtedy Agnieszka postanowiła, że kiedyś - mimo umiłowania Ziemi Pomorskiej - postara się żyć i mieszkać w Polsce centralnej. Nie zniosłaby, gdyby w przyszłości jej dzieciom określano procent polskości, aby debatowano, czy są pełno-procentowymi Polakami. Oczywiście zdarzały się przypadki niewierności niektórych ziomków, także tych przybyłych swego czasu z centrum Kraju (jak przecież wszędzie), ale też i bohaterskich postaw. Pan Bolesław Stanek na przykład, przedwojenny nauczyciel z Białego Lasu, uczył potajemnie, nie zważając na niebezpieczeństwo, kilkoro dzieci w Grudziądzu: języka polskiego, historii, geografii i matematyki. Dzięki temu mogły od razu po wojnie kontynuować naukę w starszych klasach. Agnieszka była świadkiem na jego procesie rehabilitacyjnym, zakończonym wręczeniem mu honorowego obywatelstwa polskiego.

Następowały tygodnie i miesiące oczekiwania na powrót Najbliższych. Wiele, bardzo wiele oczekiwań, jednak daremnych. Z wywiezionych przez NKWD około trzech tysięcy osób z okolicznych wiosek na Syberię - wróciły jednostki. Od nich rozchodziły się lotem błyskawicy ponure wieści. Kuzynka Nisia zmarła w pociągu zmierzającym przez ogromne lasy w kierunku Moskwy. Rozebraną wyrzucono w biegu pociągu przez okno. Jej mama dowiedziawszy się o tym, zrywała się nocą ze snu i mimo mrozu, płacząc biegła w kierunku wschodu, by szukać ukochanej córki. Trzeba było ją przez dłuższy czas pilnować dniem i nocą. Po kilku miesiącach dała Agnieszce na pamiątkę kartki znalezione w kieszeni płaszcza Nisi. Przywiozła je młoda sąsiadka po udanym powrocie do Kraju. Agnieszka czytała ze łzami napisane ręką Nisi słowa modlitwy:

Dodaj mi siły do wytrwania w drodze,

którą skreśliła Twa najświętsza dłoń.

Pozwól mej duszy umęczonej srodze

po strasznej, ziemskiej ochłonąć pożodze.

Ucieczko moja, Ty mnie strzeż i broń.

A na innej:

Za rozbitymi oknami widzę - ludzie chodzą,

ludzie wolni, bez straży.

Och, jak serce boli!

A rozpaczliwe myśli w głowie mi się rodzą

- jak człowiekowi - co żyje w niewoli.

Pełno ludzi w obozie, wszyscy rozmawiają...

Lecz ja myślę - nie powiem nikomu.

Wszystkie władze mej duszy przeszłość wspominają

i na skrzydłach tęsknoty myśl pędzi - do domu!

... Dom wspomnień radosnych,

lecz na wpół bolesnych...

Nie skończyła. Widocznie za słaba już była.

O Romku, bracie Agnieszki, doniósł ktoś powracający szczęśliwie do Linowa, miejscowości na linii kolejowej Grudziądz - Jabłonowo. Zmarł na czerwonkę za Moskwą, w okropnej drodze na Ural. Rosjanie karmili więźniów słonymi śledziami, a oni w czasie postoju - z dużego pragnienia - jedli garściami brudny śnieg. Zmarłego Romka wyrzucono do rzeki, prawdopodobnie Wołgi.

Jurek, starszy brat Agnieszki, trafiwszy do rosyjskiego obozu jenieckiego - odżywiany podobnie jak Roman - zmarł także na czerwonkę w Charkowie. Dowiedziano się o tym od kogoś, kto wrócił do domu w Nowej Wsi koło Wąbrzeźna.

A Kinga? Nikt nic o niej nie wiedział. Mijały tygodnie, miesiące, a ona nie wracała. Dopiero po kilkudziesięciu latach Agnieszka przeczytała w Przeglądzie Katolickim (nr 8/9 z marca 1990r.) następującą notatkę:

W kościele Św. Józefa odbyły się uroczystości upamiętniające 45 rocznicę zbrodni dokonanych przez hitlerowców w dzielnicy Radogoszcz, którzy w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r., w przeddzień wycofywania się z Łodzi, spalili żywcem bądź zastrzelili 1500 osób trzymanych w policyjnym więzieniu.

- Boże, czyżby wśród tam pomordowanych była też Kinga? Moja śliczna siostra, Kinga? Nie, nie!

Agnieszka rozpaczliwie odpędzała te ponure myśli. Jak żywo stanęła jej przed oczyma. "Zobaczyła" ją w Sarnowie przed ołtarzem Matki Boskiej. Miała na sobie granatową bluzkę w białe grochy. Długie włosy były przewiązane granatową kokardą, nad czołem zwisający hebanowy kosmyk i... rozmodlone oczy. Taki jej obraz często wracał w myślach Agnieszki.

- A Nisia? Czyż prawdą jest, okrutną prawdą to, co mówiono swego czasu w okolicy?

Tępy ból ściskał serce, oczy łzawiły przy najmniejszym wspomnieniu, płacz rozdzierał płuca, ból głowy nie ustępował. Kiedyś, wkrótce po otrzymaniu tej żałobnej wieści, Nisia nad ranem przyśniła się Agnieszce. Tak wyraźnie, tak niesamowicie wyraźnie... niemal czuła jej obecność. Przysiadła ona na brzegu łóżka, w białej, świetlistej sukience i nachylając się nad Agnieszką powiedziała.

- Nie płacz, ja już nigdy nic chciałabym na tę brudną ziemię wrócić.

Sen był tak sugestywny, że Agnieszka zbudziła się natychmiast.

- Ona tu była, przecież tu była... na dotknięcie ręki!.

Odtąd Agnieszka przestała płakać po Nisi. Tylko od czasu do czasu powtarzała jej ulubioną modlitwę Dodaj mi siły do wytrwania w drodze.

Agnieszka, podobnie jak wszyscy w rodzinie, bardzo boleśnie przeżywała tragizm utraty rodzeństwa. Tylko mama dzielnie tuszowała rozpacz.

- Praca... na najgorsze zmartwienia, na rozpacz i smutek głęboki, najlepszym lekarstwem jest praca. Daje zapomnienie, przynosi ulgę - powtarzała tłumiąc łzy.

Tatuś natomiast chodził zasępiony, prawie się nie odzywał, a wieczorami siedział długo z głową ukrytą w dłoniach.

Agnieszka nie miała spokoju. Nie mogła znaleźć sobie miejsca.

- Wrócą, może choć ktoś z tej trójki wróci - łudziła się.

Chciała, tak bardzo chciała w to wierzyć. Ale nie wracali. Żeby nie pogłębiać smutku i rozpaczy w domu, wychodziła na łąki. Tam płakała w głos. Przez trzy lata nie zdejmowała żałoby. Zarówno później maturę w Kwidzynie, jak i wstępny egzamin na wyższą uczelnię ekonomiczną w Warszawie zdawała w ciemnym ubiorze.

***

Do Kwidzyna trafiła niespodziewanie. Agnieszka pracując w szkole w Białym Lesie zaczęła coraz częściej myśleć o powrocie do przerwanej wybuchem wojny nauki. W uszach brzmiały jej słowa mamy, powracały coraz częściej.

- Praca, tylko praca jest najlepszym lekarstwem na...

Agnieszka uchwyciła się tych słów również, aby oderwać się od bolesnych przeżyć, spróbować zapomnieć choć trochę. Modliła się o to pełna nadziei na jakieś rozwiązanie, mimo piętrzących się trudności. W Grudziądzu przecież szkoły były nieczynne. Niemcy wycofując się zniszczyli nie tylko Śródmieście, ale i wokół niego, walki mocno nadszarpnęły substancję miasta. Nic mogła też tak po prostu przerwać pracy w szkole powszechnej w Białym Lesie. Te dzieci czekały na nią tyle lat. Mają wiele zapóźnień, braków w edukacji.

Aż któregoś dnia, późną jesienią, przyszła pieszo z Grudziądza (około dwanaście kilometrów) znajoma - Helena Tyniecka, z którą Agnieszka pracowała w czasie okupacji. Zaproponowała jej wyjazd do Kwidzyna, dokąd się sama niedawno przeniosła. Namawiała na pracę w Technicznej Obsłudze Rolnictwa. Podkreślała także możliwość jednoczesnej nauki w miejscowym, historycznym - spod znaku Rodła (Godło Związku Polaków Zagranicą, utworzone ze słów: Rodniacy i Godło) - Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym. Znaku byłego Związku Polaków Zagranicą, symbolizującego stylizowany bieg Wisły, z zaznaczeniem Krakowa, dawnej stolicy Polski.

Wkrótce zjawił się w Białym Lesie wykwalifikowany nauczyciel. Agnieszka mogła wyjechać do Kwidzyna. Nie było łatwo. Istny kierat, wir pracy i nauki. Do południa biuro, po południu codziennie, wiele godzin, w gimnazjum. Ale radość, wręcz entuzjazm z możliwości nauki w polskim gimnazjum tłumił trudy i męczące znużenie. Gimnazjum to powstało na terenie dawnych Prus Wschodnich w 1937 roku ze składek na budowę polskich szkół za granicą. Agnieszka pamięta, jak jej ojciec zbierał także owe składki, sprzedając okazyjne znaczki.

Toteż jakże bolesną była wiadomość, że 25 sierpnia 1939 roku hitlerowcy aresztowali wszystkich profesorów, uczniów i nawet woźnych polskiego gimnazjum w Kwidzynie. Osadzono ich w obozach koncentracyjnych, między innymi w Stutthofie i Ravensbrück3).

Głębokiego zadowolenia, nawet dumy z Kwidzyńskiej Szkoły nie pomniejszały również pewne niedogodności związane z mieszkaniem na poddaszu, przy dawnej ulicy Czerwonego Krzyża 3. Przeciwnie. W późniejszych latach Agnieszka zawsze wspominała ten okres z sentymentem. Tam na poddaszu - gdzie mieszkała w dwupokojowym pomieszczeniu najpierw z siostrą Wandą, później Zofią, które też przyjechały do pracy w tym odzyskanym mieście - spotykała się grupa przyjaciół szkolnych. Pomagali sobie wzajemnie. Przyjechali oni do Kwidzyna z terenów wschodnich jako repatrianci w roku 1946. Była wśród nich Zina Putrykiewicz z Lubcza koło Lidy, była Danka Antuszewicz i Władek Lepsza z Grodna, był Eugeniusz z Wołkowyska (romantyczne uczucie Agnieszki), była Stefcia Bohdzielówna i Elżunia Lacka także z Wołkowyska i wielu innych. Bardzo tęsknili za rodzinnymi stronami. Wspominali je niemal z uwielbieniem, z czułością. Danka powiedziała kiedyś:

- Jesteśmy tu jak pisklęta wyrzucone z gniazda.

Wszyscy oni byli bardzo dobrzy z przedmiotów ścisłych, Agnieszkę natomiast fascynowały humanistyczne. Owocne więc było to wspólne przygotowywanie się do zajęć szkolnych. Przyjazna - zwłaszcza przed maturą - pomoc wzajemna. Także cenna pomoc Zosi, a przedtem Wandzi. W klasach gimnazjalnych i licealnych byli też uczniowie z Grudziądza, Gdańska, Łodzi, Warszawy.

Agnieszka o latach kwidzyńskich stale pamiętała. Nie zapominała nauczycieli, którzy wywodzili się głównie z Wilna i Lwowa. Wspaniali! Że wspomina choćby niektórych: Profesor Adam Czeredarek - mówiono, że "ślepego i głuchego by nauczył matematyki". A prof. Stanisław Bator - polonista? Wchodził do klasy, podawał temat i właściwie zamiast jego omawiania przemawiał, wprowadzając uczniów w zasłuchanie. Natomiast profesor Józef Kowalczyk - także polonista, to nie tylko bogactwo wiedzy, ale i dobroci, którą bywało, uczniowie nadużywali.

- Jesteśmy tu zebrani z różnych stron Polski, ale w nas Ona jedna tylko - mówiła Agnieszka w przemówieniu do maturzystów w 1948 roku.

Ze wzruszeniem wspominała ten okres z okazji spotkań i zjazdów rocznicowo-jubileuszowych. Starała się dać temu wyraz w okolicznościowych przemówieniach. I tak na przykład, z okazji czterdziestolecia Szkoły, w 1977 roku, powiedziała między innymi:

- Cóż za osobliwy urok masz dla nas, Kwidzynie? Cóż za niepowtarzalne ciepło kryje się w Twoich zakątkach? Chętnie tu wracamy. Wracamy... Żeby przejść cichymi ulicami. Żeby z zadumą stanąć na dziedzińcu Szkoły przed RODŁEM z kwiatów w kolorze krwi! Symbolem Matki, za którą tęskniono, której wypatrywano. Przywoływana długie lata, tu się wszak zjawiła. Dla nas właśnie tu, w tej Kwidzyńskiej Szkole. W mowie Ojców, w pieśniach i... dzwonku szkolnym.

***

Opatrzność Boża stawiała na drodze Agnieszki różne, pomocne i życzliwe osoby. I tak choćby Eugeniusz. Jakże dużo pomógł Agnieszce. Pozałatwiał rozmaite formalności z zapisaniem na studia w Warszawie, uzyskaniem miejsca w bursie akademickiej. Pomógł stawiać pierwsze kroki w stołecznym mieście. A w czasie studiów? Spotkała Marylę Buchacz, zdolną i zawsze solidną blondynkę. Pomagały sobie w przygotowaniu do kolokwiów i egzaminów przez cały okres studiów I-go stopnia. (Studia magisterskie II-go stopnia dotyczyły już różnych tematów i odbywały się w innym okresie i innych okolicznościach.) Była jeszcze Krystyna Adamowicz, poznana na obozie akademickim w Mikołajkach. Promienna Krysia, wnosząca uśmiech i miłą atmosferę przy każdym spotkaniu. Przyjaźnie te w większości przetrwały dziesiątki lat. Wszystkie - to dary Nieba. W to Agnieszka wierzyła z niezłomną wdzięcznością. I cieszyła się.

Bo bez serca bratniego

źle żyć na świecie,

bez duszy przyjaznej źle.

Samotne serce usycha,

jak bez wody kwiecie.

Choć przecież...

tak bardzo żyć chce.

Mimo wielu różnorakich braków, także braku pełnej suwerenności Kraju, cieszyła się. Cieszyła ze swobody władania polskim językiem, polskimi szkołami, urzędami, prasą polską, książkami... Toteż w czasie słynnych rekolekcji akademickich, chyba w 1951 roku, prowadzonych przez wspaniałego Prymasa Polski, księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego - i nie tylko wtedy - zawsze śpiewała: Ojczyznę, Wolność pobłogosław Panie.

Agnieszka cieszyła się Warszawą, dźwigającą się z ruin. Idąc pewnego razu, z grupą studentów przez miasto, mówiła:

Bo popatrz tu, bo popatrz tam,

jak rosną nowe domy.

Strzelają w niebo,

błękitu chmur dosięgnąć chcą.

Stoisz i dumasz i dziwisz się sam.

Skąd takie ich mnóstwo?

Skąd okien miliony?

Więc dumaj, więc pytaj

i ciesz się wraz z nią,

bo Warszawa jest naszą,

Warszawa jest twą.

Kiedyś, było to jesienią 1949 roku, spacerując po pięknym ogrodzie Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie i rozglądając się wokoło, westchnęła:

Sypią się liście pod nogi

miękkie, szeleszczące.

Jesienny niosą dar,

jesienną bajkę każą śnić.

W jesiennym słońcu ciche,

zadumane, lśniące,

tęsknot piekących budzą żar.

By znowu jak kiedyś dzieckiem,

Ach, dzieckiem być.

Ale to nigdy nie wróci już...

Wspomnienie wsi rodzinnej i lat dziecinnych wracało bowiem często. Jej obraz zachowywany pieczołowicie w sercu Agnieszki, dawał ukojenie w trudach, był źródłem siły. Za Białym Lasem tęskniła nieustannie. Każdy urlop, przerwę semestralną czy inny wolny czas starała się tam spędzać. Powroty do ziemi miłej to radość i nieokreślone ciepło.

Bo wychowały mnie lasy szumiące

i wiatru słodki śpiew,

i wody Spaleńca ciche, kojące,

i łąk wiosennych zew.

Bo wychowały mnie pola dalekie

i słońce złote z błękitnego nieba,

pieszczoty kwiatów, - ich pocałunki lekkie.

I wszędzie mi tego, wszędzie mi łąk potrzeba...

Agnieszka serdecznie wspominała wyjazd z Warszawy do domu po pierwszym roku studiów. Cisza ciepłego, letniego wieczoru sennym poszumem śpiewała wieczorne piosenki, nikła w barwnych kwiatach uczelnianego ogrodu. Niewidzialnymi dłońmi siała po znoju całego roku błogosławione ukojenie. Za nią i przed nią snuły się cienie. Szare... tęskne... zadumane... Zwiastunki zbliżającej się nocy. Niedostrzegalnie spływały gdzieś z podniebnych szlaków, pochłaniały jasność ginącego dnia.

- Raz - dwa. - Raz - dwa. Raz - dwa.

Miarowy, monotonny jednostajnością stuk pędzącego pociągu do snu kołysał, niósł w przepastną głębię nocy, w bezkresną dal porywał. Z każdą sekundą, minutą, godziną przestrzeń pożerał. Za oknem po ciemnym, dalekim niebie błądził księżyc, dumny w swoich wędrówkach stalową szatą i władzą wspaniałego króla nocy. Od czasu do czasu zaglądał ukradkiem do wnętrza przedziału, blado oświetlał na chwilę twarze podróżnych i... znikał znowu. Zmęczenie ogarniało Agnieszkę coraz bardziej, sen kleił powieki. W zapadającej dali wspomnień melodia piosenki Marzenia się wloką jak mary zatrzepotała o ciszę skrzydłami... I wlokły się marzenia. Wlokły jak echo minionych lat. Coraz silniej brały we władanie zmęczone myśli. Po kilku, zdawało się niekończących, zbyt wolno mijających godzinach ciemne niebo z wolna szarzeć zaczęło i pierwszy świt poranku witał nowy dzień. A niedługo potem pociąg z syczącym łoskotem wjechał na peron stacji w Toruniu. Jeszcze tylko godzinę czekania i po kolejnej - stacja w Wałdowie. Znowu krótkie, ostre szarpnięcie lokomotywy.

- Raz, drugi, trzeci. Stanął.

Agnieszka spojrzała na łany dźwigającego się ze snu zboża, na szeroki cud natury. I w tejże samej chwili okrzyk zachwytu powstrzymała na ustach. Jakby z nieznanych głębin ziemi, daleko nad skrajem pola... uroczyście, powoli wstawało wspaniałe, różano - złote słońce! Rannymi pocałunkami drgających promieni miłośnie witało pagórki, lasy, pola. Przeglądało się zwycięsko w szumiących wodach swawolnego strumienia, na kroplach rosy złocistych kłosów zawisało... Trawy dalekie ze snu budziło, łakomie spijając z nich rosę, dzień nowy zwiastowało. A przedtem, jakieś pięć minut przedtem, Agnieszka z okien pociągu ujrzała tonący w błękitno-szarej, porannej mgle i przedzierających się przez nią nieśmiało promieniach słońca, wśród zieleni bogatych drzew, - najmilszy kościół na wzgórzu. U jego stóp, we wczesnym zbudzeniu z nocnej drzemki - parów znany. Uroczy sarnowski zakątek świata. Nagle z cmentarnej alei brzóz wyłoniła się i zarysowała wyraźnie sylwetka ramion pięknego Krzyża. Serce zabiło żywiej. W porannej modlitwie pokłoniła się głowa... A już niedługo Biały Las. Skręciła z bocznej ścieżki na szerszą drogę. Trzy wierzby samotne przyjaźnie wskazały drogę. I wówczas... w potokach życiodajnego słońca ujrzała dom. Jasny, biały dom. Rodzinny. I wieś miłą.

- Boże - pomyślała - Jakże prosta, niepozorna, skryta daleko na Pomorzu, cicha a jakże piękna, całym sercem ukochana wieś rodzinna. Polska wieś.

Od pól jakby echem odpowiedzi powiało ciepło. Głębokie, przytulne.

- Ziemio moja. Pełna bolesnych przeżyć, pełna ciernistych dni, znaczona krwią nieletnich. I nie tylko ich. A jednocześnie dająca siłę i światło wiary. I, mimo wszystko, radość życia. Kochana zawsze.

Przez chwilę oczy Agnieszki zalśniły łzami wzruszenia. Zaraz jednak zaśmiała się szczerze, długo, z całego serca. W oddali zobaczyła spieszącego na jej powitanie ojca. Przyśpieszyła kroku.

Kościół w Sarnowie od strony parowu, wg miniatury Cz. Olearskiej

Że siedmioletnią dziewczynką dziś jestem

- chcę w to wierzyć,

że nic o złym, nic o brudnym

nie wiem świecie.

Chcę z dziećmi biegać,

do szkoły bieżyć,

znowu jak wtedy - takie małe, beztroskie dziecię.

Ale to nigdy nie wróci już...

Powtórzyła słowa pisane kilka lat temu, na tych samych łąkach, które teraz przemierzała, by za chwilę odpocząć w gościnnych progach rodzinnego domu. A wieczorem?

Umilknie wszystko.

Umilkną wieczorne dzwony.

Tylko szept cichy iść będzie od traw.

Niech Bóg jest pochwalony.

Niech Stwórca pochwalony,

bo taki piękny dla nas stworzył świat.

***

Wszystkie niepowodzenia, każdą niekorzystną dla mieszkańców Białego Lasu zmianę Agnieszka przeżywała bardzo. Tak też było, kiedy wiosną 1951 roku otrzymała list od ojca, zatroskanego nową sytuacją podatkową. W tym celu ustalano, raczej zmieniano dotychczasowe klasy ziemi. Któregoś dnia urzędnicy powiatowi, przejeżdżając samochodem przez wieś, nadawali nowe klasy. Ustalali je - nie wysiadając nawet z auta - najczęściej według stanu zabudowań, szczególnie domu mieszkalnego. I tak często ziemię klasy piątej czy szóstej określano jako drugą czy trzecią. Od takiego nadania ustalano podatki, kontyngenty zbożowe, ziemniaków, mleka i inne. Były to ciężary ponad miarę. Po kilku latach takiej praktyki gospodarstwo rodziców Agnieszki bardzo podupadło. Ojciec, próbując ratować sytuację, napisał w sierpniu 1956 roku odwołanie w tej sprawie do Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej w Rudzie. Oto obszerne fragmenty tego odwołania.

Od kilku lat na skutek obciążeń gospodarstwa dużymi obowiązkowymi dostawami zboża, ziemniaków mleka i żywca napotykam na nie dające się wprost pokonać trudności w prowadzeniu gospodarstwa, co powoduje zmniejszenie jego wydajności i produktywności. W ostatnich dwóch latach stan ten zaostrzył się wyjątkowo, a to z następujących powodów:

Od kilku lat po spełnieniu obowiązkowych dostaw zboża i ziemniaków wczesną jesienią już od miesiąca grudnia byłem zmuszony kupować te artykuły rolne na wolnym rynku w celu zaopatrzenia własnego gospodarstwa, to jest spożycia rodziny oraz spożycia inwentarza. Środki pieniężne na pokrycie tych wydatków, jak również na podatki, otrzymywałem od syna Apolinarego, który pracował zarobkowo w fabryce Herzfeld & Victorius w Mniszku (filii grudziądzkiej H&V) lub zadłużałem się. Od początku ubiegłego roku syn został zwolniony z pracy w myśl zwiększania siły roboczej na wsi. Od tego czasu sytuacja w mym gospodarstwie jest bardzo ciężka. Ze wszystkich obowiązków wobec Państwa do tej pory wywiązywałem się sumiennie. Jednak nie mogę się z tym pogodzić, by za całoroczną, ciężką pracę od świtu do nocy, mimo mych 72 lat (żony lat 62), nie było zrozumienia, że powinienem za nią od własnego gospodarstwa otrzymać choćby zboże na chleb i ziemniaki na spożycie własne, nie mówiąc już o konieczności reperacji budynków, zakupu najkonieczniejszych maszyn, nawozów sztucznych, odzieży, innej żywności jak tłuszcz, artykuły kolonialne, itp.

Z powodu kosztów odbudowy spalonych zabudowań i żywego inwentarza na skutek działań wojennych w 1945 roku, następnie na skutek nadmiernych obciążeń obowiązkowymi dostawami produktów rolnych, jak i podatków nie byłem w stanie ponosić kosztów na ulepszanie ziemi ornej, co z roku na rok zmniejsza plony. Nie mogę też zrozumieć ani się pogodzić z krzywdzącą klasyfikacją ziemi mego gospodarstwa, w której leży przyczyna największych trudności.

Kilka lat temu nadano mi bez jakiegokolwiek wglądu i sprawdzania mych gruntów na łączną ilość 5,04 hektarów (bez łąk) - 4 hektary drugiej i trzeciej klasy, co nie jest zgodne z obiektywną rzeczywistością, gdyż mam ziemię piaszczystą klasy szóstej i siódmej, nawet ósmej, a pastwisk klasy trzeciej - według starej klasyfikacji. Piaszczysta ziemia nie daje przecież tyle plonów, jak ziemia dobra wysokiej klasy.

Według wiedzy Agnieszki odwołanie to nie pomogło. A za trzy lata śmierć mamy Agnieszki. Niewyobrażalny ból. W pamiętniku zapisała:

Czerwcowa noc. Jakaż śliczna. Wysiadam z mężem na małej stacji. Tak dobrze znanej, a jakby obcej dzisiaj. I wszystko takie same. Pachną łany zbóż, uginają się nabrzmiałe nocną rosą ciężkie kłosy. Od łąk spowitych w blaski księżyca idzie spokój i cisza. Chciwie wdycham zapach traw, świeżego gdzie niegdzie siana i kwiatów. Woda w strumieniu szemrze tak znanym pluskiem. Jak zawsze. Tylko księżyc stanął nad lasem inny niźli zwykle. Czerwony, krwawy, jakby mówił o grozie, o łzach. o bólu... o śmierci. Zaprowadził do białego domu. Rodzinnego domu. Przystanął.

Na podwórzu złożyliśmy duży wieniec. Biały - z kalii i goździków.

- Nie! Nie ma pięknej nocy! Wszystko jest inne. Obce, chłodne i czarne, czarne... Mamy nie ma! Utrudzonej życiem, bohaterskiej Mamy. Naszej. Mojej. Coś jakby grunt się spod nóg usunął, jakby wszystko się chwiało. Wtrącało w otchłań pustą i ciemną.

Wieńce, Kwiaty. Świece. I trumna. Odkryta. Kamienna twarz, zimna, zastygła powagą śmierci, spokojem ciszy. Jestem przez chwilę sama. Podchodzę blisko.

- Mamo, Mamo - rozdarty jęk, krzyk wydobywa się ze ściśniętej krtani.

- Tak miałaś ciężko, tak chcieliśmy Cię ratować!

Gorzki szloch wstrząsa ciałem, długie łkanie, bolesny płacz przerywa ciszę. Śmiertelną. Huczy w skroniach, tętni każdą kroplą krwi, bije sercem, czuciem i boli. Ach, jak okrutnie boli. Nachylam się nad Mamą. Przytulam twarz do lodowatej skroni. Długo. Potem klęczę. Zimny chłód czuję na czole. Nie mogę się modlić, ani myśleć, ani mówić. Tylko:

- Mamo, Mamusiu - wyrywa się znowu ze łzami.

Ręce w nerwowym drganiu przesuwają się wolno po czarnej sukni, po całej postaci tak ukochanej, tak bliskiej, jedynej. Oczy nieprzytomnie wpatrzone w twarz, która odchodzi. Na zawsze.

- Zapamiętać, zapamiętać.

W myśli błyskawicznie odtwarzam życie Mamy i moje przeżycia z Nią związane.

- Jeszcze w ubiegłym roku tak było dobrze w Białym Lesie. Tak spokojnie, tyle ukojenia... tak miło, choć trosk nie brakło Jej nigdy.

Znowu staje mi przed oczyma drobna, słaba, u Zosi w Kwidzynie, która już chorą zabrała do siebie. Cierpliwa i spokojna, choć tak pragnęła żyć. Jeszcze przecież dwa tygodnie przed śmiercią w domu jakże pracowita, zwinna... Do ostatniej niemal chwili troszcząca się o wszystko i wszystkich.

- Jak to może być, że ja sił nie mam? - mówiła, kiedy odwiedziłam ją w kwidzyńskim szpitalu.

- Ładnie teraz w Warszawie, prawda?

- Dlaczego Krzysia mi nie przywiozłaś? - pytała o wnuczka, swego ulubieńca.

A oczy mamy były smutne. Tak bardzo smutne.

Bogusław, mój mąż, był w tym czasie na okresowych ćwiczeniach wojskowych w Łodzi. Jechał z przesiadką całą noc do Kwidzyna. Żeby zobaczyć, poradzić, pomóc. Stwierdził - podobnie jak miejscowi lekarze - jedną z najstraszniejszych chorób. Nowotwór. Mimo to starał się. Chodził, załatwiał, pomagał. Jeszcze rąbek nadziei błądził po sercu.

- Uratować Mamę. Uratować.

Pragnęłam tego całą swą istotą i - wierzyłam. Na przekór wszystkiemu.

- Żeby choć kilka lat jeszcze, choć rok jeden czy nawet pół.

Ktoś cicho staje przy mnie. Przerywa myśli. To Lonia. Blada, pełna smutku.

- Zostań Mamusiu. Zostań - prosi przez łzy głaszcząc ręce Mamy.

Głuchy zgrzyt, wbijanie gwoździ. Zamknięto trumnę.

- Kto się w opiekę... - płynie śpiew.

Mama opuszcza dom. Rusza żałobny pochód. Słońce bogatymi strumieniami leje się z nieba. Jest czerwcowy, upalny dzień. Sobota. Prowadzę z Lonią, potem Zosią głęboko stroskanego Tatusia. Ostatnia droga Mamy. Przez Biały Las. Potem Sarnowo. Msza Święta. Biją dzwony. Grają... Przejmująco grają pożegnalną pieśń. Cmentarz. Modlitwy. Spadają grudy ziemi. Głucho.

- Nie. To nieprawda. Nie może być.

Łzy płyną długo. A niedaleko cmentarny Krzyż z nieciosanego dębu. Otwarte ramiona.

- Mama blisko tu przy Tobie. Spraw, by żyła wiecznie. Daj Jej ukojenie, nagródź za trudy. Za wierne życie i spraw, by zawsze żyła w pamięci naszej.

A potem nie odrywałam oczu od rosnącej świeżo mogiły. Przykryły ją wieńce i kwiaty. Dużo. Długo nie odchodzę.

Nazajutrz po pogrzebie, Laluch - biały szpic (z najstarszych ras psów), bardzo przywiązany do mamy, wybiegł z budy na podwórzu i biegł w stronę cmentarza. Do swojej pani... Zginął na torach kolejowych w Wałdowie.

Po miesiącu przyjechałam z pięcioletnim Krzysiem do Białego Lasu. Po drodze ze stacji zbierał szyszki.

- To dla babci Zosi.

- Mówiłaś mi, że babcia śpi. A kiedy się przebudzi?

- Ale ona wie, na pewno wie, że ja do niej przyjechałem, prawda?

W niedzielę poszliśmy na cmentarz. Na mogile kładę białe margerytki zerwane na łąkach, po których tyle chodziła.

- Przyniosłam Ci je Mamo z Twoich łąk.

Czyjeś dobre ręce ułożyły inne kwiaty, świeże i wdzięczne.

- To chyba od Loni, Wandzi, Polka.

Krzyś popatrzył smutnie, ukląkł i za moment pobiegł do kościoła. Tylko później w domu myślał chwilę, potem rzekł:

- Mamo, jak przyjedziemy tu na przyszłe lato, to trzeba babci Zosi Krzyż postawić i Bozię. Bo nie ma.

A ja przedtem przy mogile "opowiedziałam" Mamie o wszystkim, co dzieje się w domu, w Białym Lesie. O żniwach, o praniu, sprzątaniu.

- Nie martw się Mamo. Żniwa na ukończeniu, duże pranie, którego nie zdążyłaś zrobić, już załatwione, dom posprzątany, a do młocki i przy kopaniu ziemniaków pomoże mąż Loni, Józiu z Robakowa. Śpij spokojnie. Odpoczywaj po trudach.

Po niedługim czasie Mama przyśniła się Stefci.

- Jestem w niebie. Mam dobrze. Tak dobrze.

A bratu Polkowi pokazała się późnym wieczorem, cała w bieli przy furtce na podwórzu.

- Jest z nami? Wie o nas?

- Och żeby. Żeby.

***

Ojciec Agnieszki postanowił - raczej był zmuszony - sprzedać gospodarstwo, a więc i dom. Dla Agnieszki była to strata nie do opisania. Cios. Głębokim smutkiem zapełnił duszę. To jakby odcięcie od korzeni istnienia, od źródła życia. Ale i te bolesne wydarzenia nie mogły przekreślić uczuć Agnieszki do Białego Lasu. Jak dotąd chętnie tam wracała - czy to z prywatnych wycieczek, czy służbowych podróży zagranicznych. Od lat pracowała bowiem w Warszawie, w zagadnieniach projektowania informatycznych systemów ekonomicznych. W latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, nawet osiemdziesiątych opracowania problemów i wymiana doświadczeń z tej dziedziny były szczególnie potrzebne. Wyjazdy te musiały być poprzedzone odpowiednim dorobkiem, odpowiednimi osiągnięciami, w tym publikacjami, znajomością języka obcego, niekiedy dodatkowymi egzaminami.

Agnieszka widziała więc w życiu wiele krajów, fascynujące przepiękne widoki przyrody, wspaniałe osiągnięcia architektury. Wiele piękna.

Była w Rosji, na Ukrainie i Białorusi, na Litwie, w Czechosłowacji, na Węgrzech, Bułgarii, Rumunii, Jugosławii, we Włoszech, Niemczech, Austrii, Finlandii, a także Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. W Kijowie oczarowały złote kopuły cerkiew, widziane znad Dniepru w czasie przejażdżki łodzią, przy zachodzie lipcowego słońca. Wiele ich. Wyłaniały się majestatycznie wśród bujnej zieleni. Na Białorusi - Niemen i Jezioro Świteź cofają w lata Mickiewicza i Orzeszkowej. Na Litwie - przepiękne Wilno na wzgórzach, tonące w zieleni. Wilno z cudowną Ostrą Bramą i kościołem Św. Anny, którego urodą zachwycił się sam Napoleon, chcąc go przenieść do Paryża. W Moskwie, na Placu Czerwonym, urzekała bogatą kolorystyką i różnorodnością formy cerkiew błogosławionego Wasyla, arcydzieło na skałę światową. A niedaleko słynny skarbiec przyprawiał bo-gactwem zbiorów o zawrót głowy. W Czechosłowacji zachwycał most Karola, ze słynny-mi rzeźbami historycznych i religijnych postaci. Budapeszt - cudami architektury. Bułgaria - złocistymi plażami. Jugosławia zniewalała nad wyraz pięknymi krajobrazami. Austria - pięknem Wiednia, doliną Piekieł w Alpach i klasztorem w Melku nad Dunajem. Rzym, Wenecja, Florencja, Rawenna - artyzmem antycznej sztuki sakralnej. Finlandia czarowała tysiącami jezior i mnóstwem brzóz białych. Stany Zjednoczone Ameryki zdumiewały doskonałymi autostradami, oszałamiającą Niagarą na pograniczu z Kanadą, słoneczną Florydą nad Atlantykiem... No i Kanada - rozległymi przestrzeniami, cudownie pięknymi jeziorami na północy, że wymienić choćby Charlton Make i Canbera Lake. Jezioro wyjątkowej piękności, długie, w kształcie płuc. "Środek płuc" to duża wyspa. Brzegi jezior wysokie, skalne pełne ogromnych drzew. (Jak one mogą rosnąć na nagich skałach?) Uroda tych jezior onieśmiela. Szczególnie Canbera Lake, którego prawie całą powierzchnię pokrywają kwitnące w lecie prześliczne, białe nenufary. Całe ich mnóstwo. Istny "kożuch". Zapierają dech w piersiach. Bajecznie piękne. No i te brzegi wysokie, porosłe prawie lasem... Majestatyczne piękno. I znowu - podobnie jak w obliczu wodospadu Niagara - człowiek czuje się mały, całkiem mały i niepozorny wobec jego potęgi. Wdzięczna była Agnieszka Urszuli i Włodkowi, że ją tu przywieźli. I nie tylko tu. W dodatku z kochanymi wnuczętami: Magdą, Tomkiem, a także Martą, z którą przyjechała do Kanady.

A w Kraju? Przez około dziesięć lat spędzała urlopy z mężem i ukochanymi dziećmi Krzysztofem oraz Włodkiem, no i Dżerym, okazałym, dorodnym owczarkiem alzackim, biwakując w rozmaitych zakątkach ojczystej Ziemi. A to w Borach Tucholskich, z pełną nieopisanego uroku Brdą... A to w Szwajcarii Kaszubskiej, której piękno jezior ukrytych w lasach czy rozrzuconych wśród łąk i pól, niekiedy na szerokich, łagodnie nachylonych zboczach jezior lub przysiadłych cicho u podnóża licznych pagórków, zachwycało niewymownie... A to na Pojezierzu Brodnickim z ciągiem jezior: od Bachotka poprzez Zbiczno, Ciche, aż do Mielna. Agnieszkę szczególnie wzruszało urokliwe jezioro Ciche, z zadrzewioną wysepką pośrodku. Jezioro z rodzinnych stron dziadka Jana z Nowej Wsi... Było biwakowanie nad jeziorem Kownatki na Mazurach... Było Giżycko i Mikołajki z jeziorem Łukajno, pełnym naprawdę dostojnych łabędzi... Były Sejny i Czarna Hańcza na Pojezierzu Augustowskim... Było niewyobrażalnie piękne Pojezierze Suwalskie... Była Cisna i rzeczka Czarna w Bieszczadach, gdzie chłopcy łowili pstrągi spod kamieni... Były też ruiny zamku w Czorsztynie... Był Przełom Dunajca - cud natury, wprawiający oczy w osłupienie... Było wreszcie Zakopane o niespotykanym, osobliwym uroku i atmosferze, której próżno szukać gdzie indziej. Zakopane, o którym już tak dużo napisano... Były jeszcze inne, ciekawe miejsca - choćby na Pomorzu Zachodnim... I był niekłamany zachwyt Agnieszki nad urodą, nad pięknem świata, które Pan Bóg tak hojnie porozrzucał po ziemi stworzonej z miłości... Tak bogato obdarował.

A Łazienki Warszawskie? Ulubione i wspaniałe Łazienki Królewskie? To już jakby uroczysta codzienność.

Agnieszka nie może także zapomnieć Jaworzyny Krynickiej. Wybrała się tam zimą z synem Krzysztofem, świeżo upieczonym w 1968 roku gimnazjalistą, na jego turnus narciarski. Dojechali do Jaworzyny autobusem, a stamtąd pieszo leśną, sowicie zaśnieżoną drogą górską. Przechodzili właśnie przez mały mostek otulony puszystą bielą, gdy wiatr zdmuchnął z wysoka ku nim chmurkę, raczej mgiełkę śnieżnego puchu. Zachodzące zza wysokich świerków słońce prześwietliło ją różanym blaskiem, tworząc cudowną poświatę. Spływała bezszelestnie, delektując się swym czarem.

- Jezus Maryja, prześlicznie! - wykrzyknął Krzysztof z całej duszy.

Po kilku minutach dochodząc prawie do schroniska, napotkali drewniany Krzyż, zasypany do połowy śniegiem. Ustawiono go - jak się później dowiedzieli - na pamiątkę zamarznięcia w tym miejscu, kilka lat temu, zabłąkanego turysty. Po jakimś czasie Krzysztof napisał:

Śnieg zakwitły w ustach rozwartych,

włosy wyrosłe z zaspy śniegu.

Szklanych oczu mrozem wytartych

nie domknie nikt.

Pada śnieg.

Gdzie wędrowiec?

Gdzie śniegi?

Mróz.

Wyrzucone do góry ręce,

zastygłe w pogoni za ciepłem,

ukryte w modrzewiowej wnęce,

nie odpadną

jak kora.

Gdzie wędrowiec?

Gdzie śniegi?

Mróz.

Oddechy zamarłe na igłach

bieleją ostrzegawczo śniegiem

na samotnych górskich mogiłach.

Gdzie wędrowiec?

Gdzie śniegi?

Mróz.

Cofając się myślami ku wędrówkom z namiotami, nie można zapomnieć o Dżerym, przecież jakby członkiem rodziny. Kiedy wypływano pontonem na jeziora, pilnował namiotów, nie odchodząc od nich ani na krok. A kiedy były zimne noce, kładł się w nogi na śpiwory ogrzewając kolejno każdego z rodziny. Z Dżerym nasuwają się jeszcze następujące (z wielu) wydarzenia.

Było to w czasie, kiedy Krzysztof i Włodek chodzili do szkoły powszechnej. Pewnego roku pojechali w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia na zimowisko z grupą młodzieży szkolnej. Mąż Agnieszki miał całodobowy dyżur w szpitalu. Wczesnym rankiem zawiózł chłopców na ówczesny Dworzec Główny w Warszawie i stamtąd udał się do szpitala. Agnieszka została w domu sama. Wieczorem, około dwudziestej drugiej, przygotowywała się do spania. Przysiadła na moment na tapczanie, piłując złamany paznokieć. Już chciała zgasić światło, kiedy w drzwiach pojawił się Dżery. Zaczął skomleć. Najpierw trochę, a z każdą chwilą coraz głośniej. Agnieszka się zaniepokoiła.

- Czego chcesz, Dżery? Byłam z tobą na długim spacerze, jesteś nakarmiony, o co chodzi?

Dżeremu te wyjaśnienia nie wystarczały. Skamląc coraz natarczywiej, podchodził do Agnieszki, przystając co dwa, trzy kroki. Wreszcie położył łeb na jej kolanach i "płakał". Jakby chciał powiedzieć z wyrzutem:

- Drzwi zamknęłaś, światło gasisz, chcesz iść spać, a chłopców nie ma w domu!

- No dobrze. Pokaż mi, co się dzieje. Idź przodem.

Dżery odwrócił się i wychodząc z pokoju, sprawdzał co kilka kroków, czy idzie za nim. Ku zdumieniu Agnieszki zaprowadził ją do pokoju chłopców. Stanął na środku i łbem wskazywał raz na jedno, to na drugie posłanie. Agnieszce zaszkliły się oczy.

- Dżery - nachyliła się do niego, objęła za szyję. - Chłopców dziś nie będzie. Przez jakiś czas nie będą w domu. Pojechali na zimowisko, a twój pan dzisiaj pracuje. Opiekuje się chorymi pacjentami. Wszystko w porządku.

Dżery uspokojony położył się na chodniku między posłaniami swoich ulubieńców i zasnął.

Inne wydarzenie miało miejsce, kiedy mama męża, Franciszka - mając kłopoty z pamięcią - wyszła z mieszkania zostawiając drzwi szeroko otwarte. W domu nie było nikogo. Dżery zobaczywszy, że coś jest nie tak, siadł natychmiast w przedpokoju przed progiem. Łeb uniósł wysoko, łapami podparł się o podłogę i... warował. Sąsiedzi mówili później, że nikt obcy nie odważyłby się wejść do mieszkania.

***

Agnieszka przewędrowała więc z rodziną przez Polskę, niemal wzdłuż i wszerz. Nigdzie przecież nie zaznała tego niewypowiedzianie błogiego spokoju, tyle ukojenia... Nigdzie nie oddychała taką, wręcz tajemną, nieokreśloną atmosferą jak w Białym Lesie. Swojską i serdeczną. Tu ziemia, nawet powietrze pachniało inaczej. Agnieszka bowiem raz do roku, czasem dwa przyjeżdżała do rodzinnej wsi. Musiała tam wracać po siły, po ukojenie tęsknoty, po ciepło. Przyjeżdżała mimo bolesnych wspomnień, mimo licznych zmian, które w ciągu kilkudziesięciu lat tam następowały. Zmian, których przybywało stopniowo i jakby samoistnie.

Piaszczysta droga do szkoły przekształciła się w szosę. Przy jej budowie usunięto wszystkie brzozy. Zamiast lamp naftowych domy oświetlane są od początku lat sześć-dziesiątych elektrycznością. Niedaleko domu z niegustowną teraz przybudówką, za stodołą na małej łące przed rowem nie ma bagienka, w którym kąpały się kaczki czy gęsi. Wycięto niektóre olszyny, a i smukłe topole umarły. Nie ma także modrzewi przy tym bagienku, posadzonych przez Kingę w czasie okupacji. Nie ma drogi przez łąki... Ani tej prowadzącej z domu do wierzb samotnych (już tylko dwóch), ani ścieżki poprzecznej, biegnącej do wału nad strugą i Wałdowa. Nie uczęszczane przez nikogo zarosły trawą. Nie ma szumiącej strugi. Jej bieg zmieniono, by nie wylewała na łąki. Nie ma urokliwych margerytek. Zanikły po ostatnim, dużym zalaniu wodą, na początku lat siedemdziesiątych. Nie ma stacji kolejowej w Wałdowie. Do niej szosą z Białego Lasu, a stamtąd do Grudziądza jeździ od wielu już lat autobus miejski. Romantyczna droga przez parów do Sarnowa też zarosła trawami, nawet wysokimi krzewami. Wierni chodzą lub jeżdżą, przeważnie samochodami, okrężną drogą koło młyna w Wałdowie. Piękna aleja brzóz na cmentarzu się przerzedziła. Nawet Spaleniec, nieoczyszczany przez lata, zaczął znikać z powierzchni lasu. Dobrze, że został uratowany. Nie ma domu babusi Anny w Nowej Wsi. Nie ma domu babci Rozalki w Białym Lesie. Nie ma Rodziców... A jednak tu było, tu jest najważniejsze miejsce Agnieszki na ziemi. Pisała kiedyś, w latach okupacji:

Ja chcę oglądać lasy zieleni,

słyszeć wolności ptasząt śpiew.

Może się wreszcie wszystko przemieni

w jeden czarowny swobody zew!

Bo mi widoku pól potrzeba

i kwiatów woń mnie woła,

i jasność błękitna wiosennego nieba.

Ach, któż zrozumieć to zdoła?

Któż wskaże mi przedobrą ręką,

łąki kochane i kwiatów biel?

Któż mnie powita z dala piosenką,

któż wskaże życia cel?

Ja chcę oglądać słońca promienie

i rosy rannej krople kryształowe.

Chcę słyszeć wody ciche szumienie,

ujrzeć jej zdroje czyste, perłowe...

Bo mi widoku łąk potrzeba

i kwiatów woń mnie woła,

i jasność błękitna wiosennego nieba.

Ach, któż zrozumieć to zdoła?

Minęło wiele, wiele lat. Był ciepły, czerwcowy dzień 2002 roku. Agnieszka szła z siostrą Lonią przez ukochane łąki. Słońce miłośnie obejmowało je całe. Przed nimi wysoko w górze zawisł nieruchomo skowronek. Cały czas śpiewał. Przystawały co chwilę, rozglądając się wokoło. Chciały nasycić oczy tym widokiem, tym miejscem umiłowanym. Kiedy ruszały - wtedy przesuwał się na niebie przyglądając się idącym. I znowu nieruchomiał, jak stawały. Po chwili Agnieszka objęła wzrokiem ulubioną część łąki, pełną swego czasu białych margerytek. W sercu, jak echo, odezwały się słowa, które tu ongiś się narodziły:

Nigdzie nie znajdę tej ciszy bezdennej,

która strumieniem do serca się wlewa,

ani tarczy słońca tak promiennej,

nigdzie tyle ukojenia wiatr mi nie zaśpiewa...

***

Wyrazy wdzięczności i podziękowania za inspirację, słowa zachęty, sugestie, rady i uwagi; za wszelką pomoc, w tym dotyczącą literatury historycznej i techniczną - pragnę wyrazić: Markowi i Teresie Pełka, Danucie Ejsmond; Marii Piekut i Marii Jerczyńskiej.

A także osobne podziękowania moim Krewnym: Wandzie Długońskiej, Leokadii i Józefowi Biernatowskim oraz Krzysztofowi, Bogusławowi i Urszuli Rojek.

Bibliografia

1. Dzieje Narodu Polskiego. Wiktor Kulerski. Zakłady Graficzne Wiktora Kulerskiego. Grudziądz 1925

2. Ziemia Chełmińska. Władysław Łęga. Pomorskie Towarzystwo Ludoznawcze. Wrocław 1961

3. Mordercy z Selbstschutzu. Antoni Witkowski. Ministerstwo Obrony Narodowej. Warszawa 1986

4. Leksykon. Państwowe Wydawnictwo Naukowe. Warszawa 1972

5. Ogień w Ampułkach. Karol Ner. Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej. Warszawa 1975

6. Historia Gospodarcza Polski XIX i XX wieku. Irena Kostrowicka, Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski. Warszawa. Książka i Wiedza 1966

7. Najnowsza historia polityczna Polski 1939-1945. Władysław Pobóg-Malinowski. Warszawa. Wydawnictwo Głos 1981

8. Mała Encyklopedia Powszechna. PWN Warszawa. Państwowe Wydawnictwo Naukowe 1970

Kontakt

Szkoła Podstawowa im. Stanisława Broniewskiego "Orszy"

Wałdowo Szlacheckie 57

86-302 Grudziądz

woj. kujawsko - pomorskie